Piątkową sesję będzie się pamiętać długo. Podobnie jak tę z początku ubiegłego roku. Zresztą obie mają wiele wspólnego i sporej grupie graczy kojarzą się z jednym. Doszukują się oni analogii i przewidują, że wczorajszy zryw popytu to dopiero początek większego ruchu, którego wielkość ma być porównywalna do tego ze stycznia 2002 roku. Przypomnę, że wtedy rynek podniósł się o ponad 23%
Myślę, że i takiego scenariusza nie można wykluczyć, przy czym skupiłbym się jednak na analizie sytuacji bieżącej. Nie ma sensu stawiać prognoz, gdyż zbyt wiele czynników może wpłynąć na ich realizację. Wzrost o ok. 270 pkt.? Dlaczego nie, ale czy zapomnieliśmy już o groźbie konfliktu w Iraku? Czy nie niepokoi już nas napięcie związane z Koreą Północną? A co z Wenezuelą? Przecież nie można tego pomijać.
Stawianie śmiałych prognoz jest efektowne, ale z punktu widzenia zysków bez znaczenia. Wynik gry nie zależy bowiem od naszej prognozy, lecz od naszego zachowania wobec zmieniających się notowań. Obecnie mamy wzrosty i trudno to negować, ale to nie wypatrywanie szczytu powinno nam teraz zaprzątać głowy. W czasie wzrostów nie spoglądajmy w chmury, lecz pod nogi. Teraz ważniejszymi od potencjalnych szczytów są potencjalne wsparcia. Jeśli któreś z nich zostanie przebite, będziemy mieli sygnały, że wzrost ma się ku końcowi. Póki jednak takich sygnałów nie ma, należy spokojnie trwać przy zajętych pozycjach. Na dziś takimi wsparciami są dwa poziomy. Pierwszym jest poziom południowej konsolidacji, czyli okolice 1213 pkt., a drugim piątkowa luka hossy. Ta zostanie zakryta dopiero po spadku cen poniżej poziomu pamiętnego środowego zamknięcia (1188 pkt.). Trzymajmy się trendu - ta zasada powinna przyświecać cały czas.