Spadek obrotów o 50% i rozpoczęcie stabilizacji (zamiast zdynamizowania wzrostów) rozczarowały inwestorów liczących na analogię do zeszłorocznych sesji. Scenariuszowi temu przeszkadza kilka argumentów. Po pierwsze, jak uczy doświadczenie z zeszłorocznej minihossy, wzrosty oparte głównie na nadziejach i emocjach nie są zbyt trwałe, a wakacyjna "masakra" rynku jest tego najlepszym przykładem. Trudno się zgodzić, że taki "efekt stycznia" byłby w tym roku zasadny. Wprawdzie większość analityków (zupełnie jak w zeszłym roku) usilnie przekonuje inwestorów, że będzie już tylko lepiej, ale brak jest podstaw do takich stwierdzeń. A może znowu na chwilę o tym zapomnimy?
Po drugie, w zeszłym roku do listopadowych szczytów (z reguły istotne opory) rynki miały ponad 150 pkt. od miejsca rozpoczęcia wzrostów. Na wczorajszej sesji kontraktom do tego oporu zabrakło już tylko 18 pkt., co coraz bardziej zachęca do realizacji zysków. Wprawdzie zeszłoroczny opór nie odwrócił jeszcze trendu, ale przez kilka dni skutecznie blokował dalsze wzrosty.
Po małej konsolidacji nie można jednak nie rozpatrywać powtórki scenariusza kontynuacji trendu, tym bardziej że stabilizacja z ostatniej sesji układa się w ładną formację chorągiewki. Brakuje jeszcze tylko wybicia w górę, co wiązałoby się z wyjściem nad ostatnie szczyty, a to rozlałoby po rynku kolejną falę optymizmu. Aby nie było tak różowo, przypomnę o scenariuszu budowanej od połowy października formacji głowy z ramionami. Choć prawe ramię na kontraktach wydaje się już trochę za duże, to ten mankament nie dotyczy jeszcze indeksów amerykańskich, gdzie formacje nie są pochylone. Bez ich zanegowania (szansą dla byków jest prezentacja "pakietu Busha") nasz rynek nie powinien przekroczyć ostatnich szczytów.