Jeszcze przed oficjalnym ogłoszeniem pakietu stymulacyjnego posypały się słowa krytyki. Suchej nitki na Bushu nie pozostawili demokraci, którzy okazali się o wiele ostrożniejsi w szafowaniu ulgami. Ich konkurencyjna propozycja opiewa na sumę czterokrotnie niższą od planu prezydenta.
Największe kontrowersje w pakiecie stymulacyjnym budzi propozycja likwidacji podatku od dywidend giełdowych. Pierwsze propozycje prezydenta zakładały bowiem tylko częściowe obniżenie tego podatku, po to aby zachęcić większą liczbę ludzi do powrotu do inwestycji giełdowych. Teraz mowa jest o jego całkowitym zniesieniu. Dzięki rezygnacji z 364 mld USD w ciągu 10 lat, administracja spodziewa się szybkiego wzrostu cen akcji nawet o 10%.
Likwidacja podatku od dywidend jest postrzegana - nie bez racji - jako prezent tylko dla bogatszych Amerykanów. Co prawda, miliony ludzi mają dziś zainwestowane pieniądze na giełdzie, ale lwia część lokat drobniejszych inwestorów to najczęściej kapitał ulokowany na kontach emerytalnych za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych. Te pieniądze i tak rosną z odroczeniem podatkowym, więc proponowane cięcia Busha nie dotyczą tej grupy inwestorów. Według urzędu podatkowego (IRS), tylko 26% podatników deklarowało dochód z dywidendy na swoich rozliczeniach podatkowych za 2000 r. (ostatnie dostępne dane). Z tej grupy ogromna większość podatników nie zapłaciła od dywidend więcej niż 50 USD podatku. Łączna suma dochodów Amerykanów wyniosła w 2002 r. ponad 9 bln USD. Dywidendy stanowiły zaledwie 440 mld USD, czyli niecałe pięć procent. Wpływ zniesienia tego podatku na wzrost gospodarki będzie przede wszystkim psychologiczny.
Dywidendy, jakie płaci obecnie Wall Street, są raczej symboliczne (średnio 1,7% dla korporacji wchodzących w skład indeksu S&P 500). Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie też namawiać dyrektorów spółek publicznych do sztucznego windowania dywidend. Spółki na Wall Street są dziś zadłużone po uszy i muszą na bieżąco obsługiwać zaciągnięte kredyty. Zwiększanie dywidend mogłoby się odbywać jedynie kosztem nakładów inwestycyjnych, a więc przyszłego rozwoju spółek giełdowych.Budżety stanowe mogą
zniwelować pakiet Busha
Dla przeciętnego podatnika propozycja Busha wydaje się niezwykle kusząca. Amerykanie mają jeszcze w tym roku otrzymać w prezencie od Wuja Sama średnio ponad 1000 USD w formie rabatów lub obniżonych podatków. W zamian za to mają powstać nowe miejsca pracy (według Białego Domu 2,1 mln) w ciągu najbliższych trzech lat. W sumie w rękach podatników w ciągu 16 miesięcy miało pozostać ponad 90 mld USD. Obliczenia te dotyczą jedynie podatków federalnych. Tymczasem największe napięcia przeżywają dziś budżety stanowe. Tylko w Nowym Jorku tegoroczny deficyt może zmieścić się w granicach 8-10 mld USD. Dziury trzeba będzie łatać przez zwiększanie podatków, co niemal całkowicie zniweluje dobroczynny wpływ pakietu Busha. Co się zaoszczędzi na podatku federalnym, trzeba będzie oddać lokalnym urzędom podatkowym. Propozycja prezydenta nie przewiduje także zwiększenia dotacji do budżetów stanowych, czego domagają się demokraci.