Zdążyliśmy się przyzwyczaić do tego, że rynek niezwykle selektywnie reaguje na dane napływające z gospodarki. Wyłącznie od nastroju inwestorów zależy, które informacje zostaną zignorowane, a które wzięte pod uwagę. Nie ma tutaj prawie żadnej historycznej prawidłowości. Zdarza się, że informacje poprzednio wywołujące gwałtowne ruchy, w późniejszym okresie są ignorowane. Tak się stało w USA podczas pierwszej sesji 2003 r., kiedy to inwestorzy zdecydowali się przyznać palmę pierwszeństwa wskaźnikowi ISM, a zbagatelizować publikowane przez Departament Pracy USA dane, dotyczące liczby po raz pierwszy rejestrujących się bezrobotnych w ujęciu tygodniowym, które rozminęły się z oczekiwaniami analityków. Dane te powinny w pewnym stopniu negatywnie wpłynąć na inwestorów, a indeksy dokonały szaleńczego rajdu...
Zacząłem się zastanawiać, czemu Amerykanie postąpili tak a nie inaczej? Czy wysokie bezrobocie (6% jak na USA to dużo) może mieć dla kogoś optymistyczny wydźwięk? Przypomniałem sobie wówczas coś, na co zwracał kiedyś uwagę mój profesor od historii gospodarczej.
Gdy po świecie w latach 30. szalał wielki kryzys, część ekonomistów uznała, że czas liberalnej, lesseferystycznej gospodarki minął i należy szukać innej drogi. Bardzo popularne stały się wówczas poglądy, głoszące potrzebę aktywizacji państwa i polityki interwencjonizmu. Jednym z gorętszych zwolenników ingerencji państwa w gospodarkę był prezydent USA Franklin D. Roosevelt, który w swoim programie gospodarczym "New Deal" zawarł wiele pomysłów, mających na celu poprawę koniunktury. Powołał agencje, które nadzorowały wykonywanie mniej lub bardziej potrzebnych prac - od budowania autostrad do pisania przewodników turystycznych. Niezależnie od stopnia użyteczności tych przedsięwzięć trzeba przyznać im jedno: były kosztowne. Należało znaleźć rozwiązanie, które pozwoliłoby na sfinansowanie tych wydatków bez uciekania się do aparatu fiskalnego lub do pożyczki wewnętrznej. Chodziło przecież nie tylko o redystrybucję dóbr, ale i o zwiększenie siły nabywczej ludności. Trzeba było wziąć pieniądze znikąd, czyli... z deficytu budżetowego finansowanego obligacjami emitowanymi dla banku centralnego.
Dla nas nierównowaga budżetowa (niestety, zwykle jednostronna) jest czymś oczywistym, jednak w czasach poprzedzających "New Deal" wydatki musiały być pokrywane wpływami. Obalenie tej tradycji wywołało bardzo duże opory. Republikanie dominujący w sądzie najwyższym podważyli legalność deficytu, uznając go za niezgodny z konstytucją. Zaakceptowali dopiero ustawę o nazwie "employment act" z 1946 r., w której znalazł się zapis, że budżet federalny powinien być zrównoważony... przy pełnym zatrudnieniu.
Jest jednak pewne, ale... Co w sytuacji, gdy w USA zostanie zlikwidowane bezrobocie? Zgodnie z zapisem z tej ustawy, należałoby wówczas zwrócić cały dług, a jest on obecnie tak ogromny i rośnie w takim tempie (ok. 1,3 miliarda USD dziennie), że nie ma sensu nawet podawać tu jego wielkości. Zainteresowanych zapraszam na stronę http://www.brillig.com/debt_clock/, na której bije zegar obliczający aktualną wielkość zadłużenia USA. Jego spłata jest niemożliwa, w związku z czym niepoważne byłyby spekulacje na temat potencjalnych konsekwencji takiej sytuacji.