Z regularnością co 10 dni na parkiecie spółek o największej kapitalizacji dochodzi do silnych wzrostów. Poniedziałek to nie piątek, ale w końcu też trzynasty i na przekór tej dacie, uznawanej powszechnie za pechową, WIG20 zyskał 2,6%. Zwyżka "najcięższych" firm jest głównie następstwem dużej siły relatywnej sektora IT. Telekomunikacja Polska, ComputerLand, Softbank i Prokom zasadniczo przyczyniły się do tak znacznych wzrostów.
Poziom 1250 pkt. coraz bliżej, a wówczas okaże się, na ile stać popyt. Wczorajsze wzrosty, choć rzeczywiście duże, nie przekonują, że niebawem dojdzie do pokonania wspomnianego oporu. Podobnie rynek zachowywał się w listopadzie ubiegłego roku. Najpierw mieliśmy silną zwyżkę (20 listopada), która ukształtowała lukę hossy, następnie równie dynamiczny wzrost miał miejsce parę dni później (25 listopada). Trzecia zwyżka z początku grudnia oznaczała dotychczasowy kres aktywności byków. Gdyby przyłożyć analogię do niedawnych zdarzeń, wciąż WIG20 stać na trzeci silny wzrost.
Niestety, miejsca na to jest niewiele. Na wykresie widać, że indeks zbliżył się do lokalnego wierzchołka z przełomu listopada i grudnia 2002 r., a ponadto do długoterminowej linii trendu spadkowego (zapoczątkowanego jeszcze w styczniu 2002 roku). To nie wróży niczego dobrego. Dywergencje, które widoczne są na wielu indykatorach, zdają się potwierdzać to niebezpieczeństwo.
Z drugiej strony sam fakt pojawiania się dywergencji nie świadczy o tym, że odwrót popytu musi nastąpić lada chwila. Układ średnich kroczących jest typowy dla trendu wzrostowego, a podstawowe wskaźniki wciąż nie generują sygnałów pozbywania się akcji. To z pewnością argumenty na korzyść byków.
Obroty ostatnio wzrosły, ale są w dalszym ciągu zbyt małe, aby można było przekonać się do trwalszych wzrostów. Zbyt wiele niewiadomych wisi nad rynkiem krajowych blue-chipów, aby posiadać obecnie akcje. Dopiero w chwili pokonania strefy oporu na poziomie 1250-1260 pkt. warto rozważyć wejście na rynek. Ryzyko będzie o wiele mniejsze niż teraz.