- Aby teraz odgrywać istotną rolę na rynku fuzji i przejęć czy w gwarantowaniu emisji trzeba być potężnym, globalnym bankiem inwestycyjnym posiadającym szerokie kontakty i doświadczenie albo też małą instytucją dominującą w wąskim segmencie rynku - twierdzi cytowany przez Bloomberga Rolf Drees z frankfurckiego funduszu Union Investment. - Średni gracze gwałtownie tracą znaczenie. To trochę tak jak z handlem detalicznym. Np. w USA, żeby mieć dobre wyniki, trzeba być albo siecią tanich supermarketów, taką jak Wal-Mart, albo mieć luksusowy sklep na nowojorskiej 5 Alei - dodaje.
Potentaci z Wall Street - Morgan Stanley Dean Witter, Goldman Sachs i Merrill Lynch - znaleźli się na trzech pierwszych miejscach w ubiegłorocznym rankingu doradców przy fuzjach i przejęciach na rynku europejskim. Te same instytucje znalazły się w czołowej czwórce, jeśli chodzi o obsługę emisji akcji. Z kolei Salomon Smith Barney, należący do najpotężniejszej amerykańskiej grupy finansowej Citigroup, liderował na Starym Kontynencie, jeśli chodzi o gwarantowanie ofert obligacji.
Największe europejskie spółki, takie jak Deutsche Telekom czy Vivendi Universal, nie ukrywają, że wybierając bank inwestycyjny decydują się na największych graczy, którzy mogą dla nich znaleźć inwestorów praktycznie w każdym zakątku świata. Z kolei mniejsze spółki, np. francuska Publicis Group, preferują małe banki (w tym przypadku Lazard). Francuska firma argumentuje, że takie lokalne instytucje są m.in. mniej narażone na konflikt interesów między działami analiz i działami inwestycyjnymi.
Średniej wielkości banki europejskie, czyli podmioty, których aktywa mieszczą się w granicach 400-600 mld euro, wyraźnie spadają w rankingach. Np. Societe Generale stracił kilka miejsc w doradztwie przy fuzjach i przejęciach i uplasował się na miejscu 20. Z kolei frankfurcki Commerzbank w przypadku fuzji i przejęć oraz emisji akcji wypadł poza pierwszą setkę, a w emisjach obligacji jest dopiero 25.