Pamiętacie, jakich zabiegów wymagało kiedyś zdobycie kilku rolek papieru toaletowego? Niby artykuł pierwszej potrzeby, którego produkcja nie wymaga wielkiej filozofii, ale w latach dogorywania PRL-u był równie rzadki, jak dzisiaj 7-proc. lokata w banku. I czasem, gdy robię zakupy w sklepie, nie mogę się nadziwić, jak to jest możliwe, że teraz mogę kupić papier w różnych kolorach, we wzorki i o różnej klasie szorstkości. Ostatnio chyba znalazłem wyjaśnienie tego fenomenu. Wiecie, skąd się bierze w naszym kraju taki szeroki wybór papieru toaletowego? Z prawa.
Ostatnio "Najwyższy Czas" wyliczył, że rocznik 2002 "Dziennika Ustaw" liczy ponad 16 tys. stron. Jak widać, osoby, które narzekają, że posłowie biorą tylko diety i nie robią nic, głęboko się mylą. Każdy z nich wyprodukował w minionym roku ok. 35 stron prawa. A przecież i w roku 2001 nie próżnowali - wyprodukowali 13,1 tys. stron przepisów. W tej sytuacji osiągnięcia Sejmu poprzedniej kadencji - po 7,5 tys. stron dziennika ustaw rocznie - wyglądają na czyste lenistwo. Od 1997 r. do 2002 r. do obiegu trafiło blisko 60 tys. stron przepisów.
Nie wiem, w ilu egzemplarzach drukowane są "Dzienniki Ustaw". Ale przecież każda szanująca się ustawa wychodzi w wydaniu książkowym, wkładkowym, a o licznych komentarzach nie wspomnę. Co jakiś czas przepisy publikują też gazety. Jednym słowem - setki ton papieru co roku jest przetwarzane na ustawy.
Skąd taka nadprodukcja przepisów? Od razu nasuwa się odpowiedź - musimy zmieniać prawo, by je dostosować do przepisów unijnych. Jednak jakoś mnie to nie przekonuje. Ile razy kolejni ministrowie finansów mówili, że trzeba podwyższać akcyzę na alkohol, żeby dostosować polskie przepisy do unijnych, a potem się okazało, że pod tym względem wyprzedziliśmy już dawno Unię Europejską? Ile razy słyszeliśmy, że VAT na materiały budowlane musi wzrosnąć, bo wysoki jest w UE, a potem wyszło, że będziemy mieli ten podatek na jednym z najwyższych poziomów w Europie? Ile razy słyszeliśmy, że jakaś ustawa dostosowuje nasze przepisy, ale nie całkiem, bo żeby całkiem dostosować, trzeba będzie ją znowu nowelizować? Gdyby tak naprawdę chodziło o dobrą jakość prawa, to całe to dostosowanie można by zapisać od razu, co najwyżej wydłużając vacatio legis niektórych przepisów. Wystarczyłoby się przyjrzeć, jak działają przepisy w ciągu np. 5 lat, a potem poprawić te, które się nie sprawdziły, a nie zaczynać wszystko od początku.
Prawda jednak jest taka, że w całej tej zabawie nie chodzi o przepisy, ale o to, na czym się je drukuje - czyli o papier. Dzięki pracowitości posłów praktycznie co roku trzeba kupować różnego rodzaju kodeksy i zbiory ustaw, a starsze wersje idą na przemiał. Setki ton przepisów co roku zamienia się w papierową pulpę, z której produkowany jest... papier toaletowy. To właśnie Sejmowi zawdzięczają producenci tego artykułu to, że nie mają problemu z surowcem, a my możemy kupować go w różnych odcieniach, wzorach i stopniu szorstkości.