Przyciąć, zanim urośnie - oto dewiza naszej polityki fiskalnej. Bezpłodna reguła w kraju na dorobku. W imię tej reguły przed rokiem przycięto oszczędności. Wprowadzony w grudniu 2001 r. podatek od odsetek bankowych uderzył w bazę depozytową banków i zmienił strukturę oszczędności. Teraz rząd przymierza się do przystrzyżenia giełdy. Szykuje podatek od zysków kapitałowych. W ten sposób będą zaatakowane dwa segmenty naszego niedojrzałego systemu finansowego - segment bankowy i kapitałowy.

Podatek od lokat bankowych zapadł przy wtórze krytyki. Pytano o sens zniechęcania ludzi do oszczędności w kraju o niskiej skłonności do oszczędzania. Górę wzięła żądza ściągnięcia szybkich i łatwych pieniędzy do budżetu, przy przerzuceniu ciężaru egzekucji podatku na system bankowy. Miliardy złotych uciekły z rachunków, napędzając biznes antypodatkowy. Skutek? W roku 2002, po raz pierwszy od dłuższego czasu, nie wzrosły oszczędności osób fizycznych, stanowiące najbardziej bezpieczne, krajowe źródło finansowania inwestycji.

Teraz fiskus sięga po dochody z giełdy. Przecieki z Ministerstwa Finansów niewiele mówią o technicznej stronie operacji, chociaż cała koncepcja miała być gotowa do końca listopada 2002 r. Szykuje się ryczałt 20--proc. od dochodów, rozumianych jako różnica między sumą przychodów ze sprzedaży papierów wartościowych a kosztami ich nabycia. Ma być ściągany od początku 2004 roku, bez żadnych ulg i wyjątków. Tyle wiemy. I znowu, słychać krytykę, nie słychać aprobaty - zupełnie jak jesienią 2001 roku, kiedy forsowano podatek od oszczędności. Wtedy wyraźnie dotknięto drobnych ciułaczy, przede wszystkim emerytów i rencistów, najmniej skłonnych do ucieczki w lokaty antypodatkowe. Stanowią oni większość pośród mniejszości Polaków, wykazującej depozyty bankowe. Teraz zadanie propagandowe jest łatwiejsze. Sięga się do kieszeni "spekulantów giełdowych". Lewica nie ma oporów z użyciem podobnej argumentacji, jeśli tylko przyciśnie potrzeba.

Warto zatem przypomnieć, że rynek kapitałowy jest inwestycją ustrojową. Ma dopiero dwanaście lat i nadal wymaga asekuracji państwa. Wcześniej dojrzewał, a dziś pozycjonuje się na giełdowej mapie Europy. Wstrzemięźliwość fiskusa może być atutem warszawskiej giełdy, przy braku innej przewagi. Zwłaszcza w okresie stagnacji i zniechęcenia drobnych inwestorów. Ile chce wycisnąć Ministerstwo Finansów z takiego rynku? Niewiele wyciśnie, ale na pewno obniży i tak niskie loty. Jak w ponurym kawale o rosyjskich kołchozach, gdzie wykopywano ziemniaki, nie dając szans na wegetację, bo przecież coś jeść trzeba... Zamiast ciągłych podchodów fiskusa, przydałaby się wieloletnia perspektywa zwolnień podatkowych dla naszej giełdy. Rynek kapitałowy jest niedokończoną inwestycją III RP.