Dominującą tendencją na rynkach surowcowych było we wtorek oczekiwanie. Ich uczestnicy czekali na dwa zapowiedziane na środę wydarzenia. Pierwsze i niezwykle ważne to wystąpienie Colina Powella w Radzie Bezpieczeństwa, gdzie amerykański sekretarz stanu ma przedstawić "nieodparte" dowody na posiadanie przez Irak broni i programów zbrojeniowych, które naruszają rezolucje ONZ. Jeśli dowody te rzeczywiście okażą się tak nieodparte, jak zapewniają Amerykanie, to wojna będzie już tylko kwestią czasu, i to krótkiego, a wtedy ceny surowców mogą pójść ostro w górę. Uczestnicy rynku ropy naftowej czekali też na raport Departamentu Energetyki o zapasach ropy w USA, które mogą wzrosnąć po zakończeniu strajku w Wenezueli. A że wkrótce, wraz z końcem zimy na półkuli północnej, zmniejszy się popyt na olej opałowy, to oba te czynniki mogą nieco zniwelować wojenną premię w cenie ropy. Wczoraj pod koniec sesji baryłka ropy gatunku Brent na londyńskiej giełdzie paliwowej kosztowała 30,79 USD, a więc o 54 centy więcej niż na poniedziałkowym zamknięciu.
Bardziej, bo o 1,6%, zdrożało złoto, którego uncja na porannym fixingu w Londynie kosztowała 374,85 USD, czyli najwięcej od 22 listopada 1996 r. Inwestującym w tę bezpieczną lokatę wystarczył wczorajszy artykuł w "The Wall Street Journal", w którym Colin Powell użył owego sformułowania o posiadaniu nieodpartych dowodów na irackie zbrojenia. Po południu złoto jeszcze bardziej zdrożało, do 376,55 USD. Również dlatego, że znowu dolar zaczął słabnąć wobec euro.
Cena miedzi po pięciu kolejnych zwyżkach wczoraj spadła o 20 USD i pod koniec sesji za tonę tego metalu płacono 1724 USD.