Paradoksalnie, w rozmyślaniu sprzyjają mi ostatnio moje cokolwiek kapryśne nerki. Uziemiony z przymusu siedzę sobie, oglądam, słucham i czytam. No i piszę. Właściwie, poza arcyhecnym przesłuchaniem Adama Michnika, to nic nowego. Stare brednie. W jednym programie jakiś nawiedzony plecie coś o wyprowadzeniu z Polski czterdziestu kilku miliardów dolarów. W innym, równie gorliwy tropiciel spisków wieści zagładę Polski w Unii Europejskiej. O tym, jakie głupoty wygadywano niedawno w Sejmie, już opowiadałem. Choć wygłoszoną w polskim parlamencie pochwałę systemu gospodarczego Chin warto przypominać jako symbol kompletnego otumanienia...
Niestety, w mediach brakuje odpowiedniego komentowania i prostowania tych niedorzeczności. W ten sposób w Polskę idzie potok niesłychanych głupot. A lud pracujący i niepracujący słucha. I, chcąc nie chcąc, nasiąka tym spaczonym widzeniem świata.
"Wydanie" rezerw
Dochodzę do wniosku, że przydałby się katalog polskich bredni. Po to, żeby przynajmniej zasygnalizować najczęściej powtarzane kłamstwa. Czego one dotyczą? Cóż, jeśli chodzi o gospodarkę, najczęściej przekłamane i manipulowane są kwestie związane z takimi pojęciami jak: inflacja, stopy procentowe, kurs złotego, rezerwy walutowe (i związana z nimi rezerwa rewaluacyjna), deficyt budżetowy, dług publiczny... Wciska się ludziom ciemnotę, kryjąc prawdziwe bariery rozwoju firm. Urzędnicy zupełnie otwarcie sygnalizują apetyt na nasze uciułane pieniądze w prywatnych funduszach emerytalnych. Wszystko to podlewane jest sosem narodowym i opowiastkami, że to wszystko w trosce o lud.
Ostatnio macherzy od politycznego hokus-pokus bardzo chętnie zajmują się rzekomym cudownym sposobem na załatanie dziur w polskich finansach poprzez rozwiązanie i "wydanie" wszelkiego rodzaju rezerw. Od walutowych, przez rewaluacyjną do bankowych. Najwięcej jest chętnych na rozbiór rezerw walutowych. Przypomnijmy więc kilka podstawowych spraw: