No to się wydało. Coś, co dla średnio rozgarniętego faceta musiało być oczywiste od lat, teraz poszło w świat. Polska ma chory rynek pracy. Nasze problemy, obok dramatu Bułgarii i Rumunii, stały się głównym tematem artykułu w jednym z najbardziej prestiżowych globalnych dzienników. Gwoździem do trumny polskiej fałszywej dumy może stać się zapowiadany przez "Financial Times" raport Komisji Europejskiej o rynkach pracy. Komisja, wedle zapowiedzi "FT", nie zostawi na Polsce suchej nitki. I słusznie.
Boli, prawda? Strasznie boli. Zestawienie Polski z takimi krajami jak Bułgaria czy Rumunia, musi być przykrym wstrząsem dla tych, którzy uznali, że sukces pierwszych lat rewolucji gospodarczej zapewnia nam spokój i dobrobyt po wsze czasy. Nic z tych rzeczy.
W zapowiadanym przez "FT" raporcie Komisji Europejskiej wskazano na kilka grzechów głównych rynków pracy państw kandydujących do UE. Przede wszystkim analitycy zauważają fakt oczywisty, jakim jest niski poziom zatrudnienia (czytaj: wysokie bezrobocie). Bardzo ważna jest uwaga o wysokim stopniu uzależnienia od stopnia zatrudnienia w rolnictwie i starym, tradycyjnym przemyśle. W ten sposób archaiczna struktura gospodarki uderza w możliwości rynku pracy. Zauważają przy okazji niski poziom zatrudnienia w sektorze usług. Co bardzo ważne, eksperci krytykują także to, że system socjalny zniechęca bezrobotnych do poszukiwania pracy.
Dodałbym do tego jeszcze bardzo istotny fakt - postępującej demoralizacji i uwstecznienia cywilizacyjnego, wynikającego z bezrobocia i stylu życia opartego na czekaniu na socjal. Wątpiącym polecam filmy "Cześć, Tereska", "Edi" czy po prostu wizytę na warszawskiej Pradze (skądinąd mojej ulubionej dzielnicy). To wszystko sprawia, że człowiek zastanawia się, jakim cudem unikniemy mongoloizacji kraju i przejęcia władzy przez lepperopodobne indywidua.
Raport Komisji Europejskiej i raczej niezbyt sympatyczny tekst w "Financial Times" ukazują się w czasie, gdy politycy całej Europy i USA dyskutują wciąż o prowokacyjnej, niezwykle agresywnej wypowiedzi władz francuskich wobec krajów kandydujących do UE. Cóż, prezydent Chirac widać pozazdrościł "stylu" Lepperowi.