Z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że poniedziałkowa sesja kończyła odreagowanie styczniowych spadków. Na polskim rynku widać coraz większe rozczarowanie stanem i perspektywami nie tylko światowej, ale i naszej gospodarki.

Wydaje się, że po okresie napędzania zniżek głównie czynnikami polityczno-militarnymi wchodzimy w fazę trendu zniżkowego, w której coraz większe znaczenie będą odgrywać doniesienia ekonomiczne. A tu nie ma się z czego cieszyć. Na szybkie i do tego dynamiczne ożywienie naszej gospodarki nie zanosi się. W ubiegłym tygodniu po raz kolejny potwierdził to minister Jerzy Hausner. Symptomatyczne były też poniedziałkowe słowa prezesa Orbisu Macieja Grelowskiego. Liczy on na znaczną poprawę wyników spółki w tym roku, ale ożywienia w gospodarce spodziewa się dopiero w drugiej połowie roku. Ileż to razy na przestrzeni ostatnich 3 lat słyszeliśmy o odrodzeniu się koniunktury w drugiej połowie roku?

Czas zaczyna uciekać, a pojawia się coraz więcej wątpliwości, czy prognozę ministra Kołodki o 3,5-proc. wzroście PKB uda się zrealizować. Najbardziej niepokoi brak możliwości wzrostu popytu zewnętrznego i stagnacja w zakresie inwestycji. A te czynniki miały przecież napędzać naszą gospodarkę w tym roku. Do tego dochodzi konieczność zreformowania strony wydatkowej budżetu tak, aby "wysupłać" pieniądze na składkę członkowską. Ewentualne cięcia dodatkowo mogą zdusić popyt wewnętrzny.

Z psychologicznego punktu widzenia niekorzystnym czynnikiem jest kolejny skandal księgowy, tym razem z udziałem holenderskiego Aholda. Od razu pojawiły się opinie, że możemy mieć do czynienia z kolejnym Enronem. Oczywiście, tak się nie musi stać i nieprawidłowości w amerykańskim oddziale Aholda niekoniecznie doprowadzą firmę do bankructwa, ale reakcje inwestorów pokazują, że pamięć o skandalach księgowych jest ciągle żywa.