Zmiany bazy na kontraktach nie przestają zadziwiać. Zapewne zagraniczni inwestorzy nie obeznani z naszym rynkiem zachodzą w głowę, jak możliwy jest wzrost kontraktów o 1,31%, przy spadku instrumentu bazowego. Polak potrafi. Nie to, żebym narzekał na takie zachowanie kontraktów, bo przez ostatnie lata zdążyłem się już do ich specyfiki przyzwyczaić, ale po raz kolejny muszę podkreślić, że nie jest to sytuacja normalna, tylko rynkowa patologia, dla której wymienienia źródeł nie starczy tu miejsca.
Warto przy okazji zauważyć pewną prawidłowość. Niemal od roku odchylenie kontraktów od indeksu przestało już być popularnym antywskaźnikiem. Wcześniej każda większa wartość bazy oznaczała skrajny pesymizm/optymizm całego rynku i niemal zawsze wyznaczała punkt zwrotny na indeksach. Bazę interpretowano jako swoisty kontrariański indeks nastroju. Ostatnio jednak kontrakty wyraźnie starają się wyprzedzać większość ruchów indeksu i w większości przypadków bardzo dobrze prognozują zachowanie rynku. Skąd ten wzrost skuteczności? Można się tylko domyślać, ale zapewne spory udział ma w tym wyraźne podzielenie rynku. Na akcjach dominują fundusze, na kontraktach niemal wyłącznie drobni inwestorzy. Do tego są to w większości stare wygi, którym dobrą opinię wystawia samo przetrwanie na rynku tak długiej bessy. Tak więc mniejsi gracze nauczyli się dość dobrze prognozować zachowanie indeksu i teraz w większości przypadków to ogon wyprzedza psa.
Na dzisiaj technicznie najistotniejsze poziomy to wsparcie na ostatnich minimach 1067-1068 pkt. oraz opór na luce bessy od 1091 pkt. Przy wyjściu górą cała uwaga skupiona będzie na linii trendu spadkowego, a przy kontynuacji spadków zadecyduje zachowanie indeksu na poziomie dolnego ramienia wielomiesięcznego trójkąta (tuż pod 1060 pkt.).