Reklama

Weekendowa Analiza Futures

Marek Pryzmont Ostatnie moje dwie Weekendowej były dość optymistyczny. Jak to się skończyło ? W obu przypadkach otwarcie luką w poniedziałek, dwa dni testowania luki bessy przy 1135 pkt, po czym szybkie odbicie od tego poziomu i nowe minima trendu. Z kolei już na koniec tygodnia wracaliśmy do środka horyzontu. Nic nie pomogło, że USA od pamiętnego czwartkowego "przesilenia" cały czas pozostają nad poziomem lutowego dołka (4-5%). My naśladujemy raczej giełdy Eurolandu, które mniej reagują na

Publikacja: 02.03.2003 18:25

Marek Pryzmont

Ostatnie moje dwie Weekendowej były dość optymistyczny. Jak to się skończyło

? W obu przypadkach otwarcie luką w poniedziałek, dwa dni testowania luki

bessy przy 1135 pkt, po czym szybkie odbicie od tego poziomu i nowe minima

trendu. Z kolei już na koniec tygodnia wracaliśmy do środka horyzontu. Nic

Reklama
Reklama

nie pomogło, że USA od pamiętnego czwartkowego "przesilenia" cały czas

pozostają nad poziomem lutowego dołka (4-5%). My naśladujemy raczej giełdy

Eurolandu, które mniej reagują na faktyczne ruchy amerykańskich indeksów, a

bardziej na same obawy kolejnej przeceny za Oceanem. Efekt tego taki, że od

ponad miesiąca ! utknęliśmy w horyzoncie, w którym gra staje się nie tylko

męcząca, ale też coraz trudniejsza. Mamy bowiem sporo fałszywych sygnałów,

Reklama
Reklama

jak choćby brak reakcji rynku na zamknięcie luki bessy przy 1135 pkt, czy

też niemal niezauważone nowe minima trendu w tym tygodniu - żadnej

wyprzedaży, żadnej paniki. Jak grać na takim rynku ? Ostrożnie, bardzo

ostrożnie. Jeśli chodzi o wydarzenia, które determinowały i będą

determinować ostatnie ruchy polskich indeksów, to można je opisać dość

prosto - 1) Polityka, 2) Polityka 3) Polityka ....... Irak, Kołodko,

Reklama
Reklama

Koalicja

1) Zacznijmy od USA, choć jak już napisałem w pierwszym akapicie straciliśmy

trochę korelację. Zresztą indeksy USA też straciły korelacją ... ze zdrowym

rozsądkiem. Nie pamiętam kiedy ostatnio tak chaotycznie giełdy reagowały na

wszelkie wiadomości. Oczywiście każdy się myli i czasami może się wydawać,

Reklama
Reklama

że wiadomość dobra, a rynek mimo to spada. Wielu inwestorów jest wtedy

rozczarowanych i może zwalać winę na "rynek". Teraz jednak nie chodzi o to.

Teraz "głupotą rynku" jest fakt, że jednego dnia dokładnie ta sama wiadomość

(choćby przyspieszenie wojny) wywołuje mocne wzrosty, podczas gdy na

następnej sesji (oddalenie konfliktu) daje mocną przecenę. To tylko jeden z

Reklama
Reklama

nielicznych przykładów. Taki roller coaster oglądamy już niemal codziennie i

nie ma sensu przypominać wszystkich zdarzeń związanych z Irakiem. Rynek nie

ma pojęcia jak to wszystko interpretować. Nawet gdyby ktoś znał dokładną

datę wybuchu wojny, to nie sądzę by potrafił zrobić z takiej informacji zysk

bez ryzyka. Zachowanie rynku nie zależy od daty rozpoczęcia wojny, ale od

Reklama
Reklama

zachowania całej wojennej opozycji, oraz samego przebiegu konfliktu, a tutaj

scenariuszy jest milion, a rynek nie potrafi wybrać żadnego.

Skoncentrujmy się tylko najważniejszych wydarzeniach. USA zabiega o drugą

rezolucję, ale nie widać na razie szans, by taki projekt mógł przejść.

Musiałby to być dokument, który nie pozwala jeszcze Amerykanom na

interwencję zbrojną i nie stawia Irakowi żadnego końcowego terminu

rozbrojenia, po którym taka interwencja byłaby za zgodą ONZ. Tak wynika z

wypowiedzi sprzeciwiających się krajów. Tylko wtedy po co komu taka druga

rezolucja ? Sytuacja mocno patowa i chyba nie muszę tego dokładniej

opisywać. Może cokolwiek rozjaśni się 7 marca (piątek), gdy Hans Blix

przedstawi kolejny raport. Cała uwaga skoncentrowana będzie na procesie

niszczenia irackich rakiet. Przyznam, że zadziwia argumentowanie wojny

rakietami, które przekraczają dozwolony zasięg 150 km. zaledwie o kilka !!!

kilometrów. Oczywiście nie ma wątpliwości, że podczas wojny Amerykanie

znajdą w Iraku poważniejsze powody do wojny (niezależnie czy one faktycznie

tam będą), ale mocno ciekaw jestem jak za kilka lat oceniana będzie

zasadność argumentów do rozpoczęcia wojny z Irakiem. Kilka fotek z satelity

(prawdziwe, aktualne ?) i rakiety przekraczające zasięg o kilka kilometrów.

Naprawdę znacznie więcej można znaleźć do wojny choćby z Polską. Tylko jakie

Bush ma teraz wyjście ? Bez wojny na pewno niea, zabawa, zwodzenie etc. Nie mnie to oceniać, ale to na

pewno nie zaowocuje raportem Blixa dającym jasny sygnał do wojny. Nie

wiadomo ile w tym faktycznej irackiej dobrej woli, a ile zwodzenia i nie

dowiemy się tego nawet przez najbliższe co najmniej kilka tygodni. Irak musi

zniszczyć ponad 100 rakiem, a nie ma do tego możliwości technicznych. Sam

Blix przyznaje, że potrwa to kilka tygodni. Pytanie teraz czy rynki się z

tego ucieszą ? Nie mam pojęcia - zapewne jednego dnia euforia, bo jest

szansa na uniknięcie wojny, a drugiego szokująca przecena, bo utrzymanie

amerykańskiej armii jest ogromnie kosztowne, a do tego nadchodzą mocne

upały.

To jeszcze nie koniec komplikacji. Turcja odrzuciła w sobotę pozwolenie na

rozmieszczenie na swoim terytorium 60 tys. amerykańskich żołnierzy. 264

posłów było za, 250 przeciw, 19 wstrzymało się od głosu. Zabrakło 3 !!!

głosów do uchwalenia zgody. Komplikuje to nie tylko światową scenę

polityczną, ale też samą akcje militarną. Amerykanie mogą w takim układzie

jedynie uderzyć od strony Kuwejtu. To może wydłużyć okres trwania wojny.

Sama decyzja Turcji to taki mały problem Antygony. Z jednej strony przecież

sama Turcja prosiła NATO (czytaj USA) o ochronę swoich granic, a teraz

pomimo jeszcze zgody na ogromną pomoc finansową (sic) nie pozwalają na

rozmieszenie amerykańskich wojsk. To trochę tak jak Polska chce się bratać z

Francją i Niemcami, a za parę dni jest w pierwszym szeregu ich krytyków.

Trudno jednak mieć do tureckiego parlamentu pretensję, skoro ... uwaga ....

90% społeczeństwa nie popiera wpuszczenia Amerykanów. Początek tygodnia

zapewne będzie obfitować w dyplomatyczne zabiegi skłaniające Turcję do

zmiany zdania.

Z kolei między 10 a 14 marca Rada Bezpieczeństwa ma rzekomo debatować o

przyjęciu drugiej (amerykańskiej) rezolucji. Pomimo rozpoczynające się 3

marca nowiu (niemal wszystkie konflikty rozpoczynały się właśnie w tym

okresie - chodzi o brak widoczności w nocy) nie ma chyba politycznych szans

by Amerykanie rozpoczęli wojnę właśnie w tym sprzyjającym militarnie

okresie. Z kolei po tej debacie 18 marca jest pełnia, a w kwietniu już

upały. Znowu patowa sytuacja i choć to tylko pogoda, która przy obecnej

technice może zostać zignorowana, to znowu działa na niekorzyść Amerykanów.

Podsumowując jakoś ten niekończący się problem - mam wrażenie, że po decyzji

Turcji, ugodach Iraku, nasileniu się światowego sprzeciwu ... nie ma

możliwości, by USA uzyskały zgodę ONZ na interwencję w Iraku. Im dłużej trwa

spór o Irak, tym mocniejsze są różnice zdań. Najlepsze wyjście dla giełd to

wycofanie wojsk amerykańskich i oświadczenie Busha, że rozbroi Irak

inspekcjami ONZ. Szansa na to jest wręcz zerowa, a euforia indeksów wręcz

niewyobrażalna. Jednak to oczywiście nie koniec problemu. Czekamy wtedy na

powtórkę 11 września i wojnę mamy w ciągu 2 tygodni. Drugi scenariusz to

kolejne tygodnie zamieszania wokół Iraku, które dalej pozostawią podzieloną

światową opinię i nie wniosą nic nowego do sprawy. Indeksy dalej będą

poruszać się megachaotycznie, a ekonomiści na czele z Greenspanem dalej nie

będą potrafili przewidzieć ekonomicznej przyszłości. Trzeci scenariusz, to

bez oglądania się na resztę świata zaatakować Irak w drugim tygodniu marca.

Tutaj reakcji indeksów określić nie można w krótkim terminie, ale jestem

niemal pewny, że takie rozwiązanie to głębokie nowe minima bessy, choćby

nawet dopiero w przyszłym roku. Długoterminowo takie rozwiązanie byłoby

najgorsze z możliwych. Zarówno pod względem politycznym, ekonomicznym (Bush

poprosił Kongres o 95 mld - dwa razy więcej niż oczekiwano i to są same

koszty wojny, bez okupacji i odbudowy kraju - wszystko na barkach jedyniech od czasu wojny w Zatoce. 40$ za

baryłkę to wręcz mały dramat szczególnie dla amerykańskiej gospodarki. Jeśli

tak wysokie ceny utrzymają się w nieco dłuższym terminie, to o kolejną

recesję można być "spokojnym". Nie wygląda też na to, żeby nawet szybka

wojna spowodowała spadek cen analogiczny do tego po rozpoczęciu pierwszej

wojny z Irakiem. Obecne wzrosty to także wynik srogiej zimy (popyt 20%

większy), strajków w Wenezueli, a nawet gdy te problemy ustąpią, to

odbudowanie amerykańskich zapasów ropy (najniższe od 1975) będzie generowało

odpowiedni popyt do utrzymania wysokich cen. Patrząc na możliwości

produkcyjne OPEC, oraz na historyczne nauczki co do skutków wywindowania cen

ropy, organizacja ta w najbliższych tygodniach powinna pomóc w obniżeniu

cen. Nawet gdyby z Iraku przez rok nie płynęła żadna ropa, to istnieją

techniczne możliwości nawet dwukrotnie większego (niż z Iraku) wydobycia

przez same kraje OPEC. Oczywiście pozostaje kwestia ewentualnego

politycznego szantażu, ale nawet pomimo widma wojny nie liczyłbym już na

wzrost ropy powyżej 40$. Czas hossy na tym rynku dobiegł już chyba końca. Na

koniec jeszcze dwie ciekawostki. Uwzględniając inflację oraz zmiany na rynku

walutowym, obecna cena ropy mogłaby wzrosnąć jeszcze 50% (do 60$ !!!) by

realny koszt baryłki ropy zrównał się ze szczytem z okresu pierwszego

konfliktu w Iraku (1990 - 41$). Po drugie, analizując przez ostatnie

dziesięciolecia korelację między stopami procentowymi, a cenami ropy,

wyraźnie widać, że każdy większy ruch cen ropy był odzwierciedlany w

poziomie stóp procentowych. Logicznym wydaje się, że za wzrostem cen ropy

idzie wzrost inflacji, a ta podnosi stopy procentowe. Trochę upraszczam, ale

taka korelacja występowała niemal przy każdym większym ruchu cen ropy.

Oczywiście dotyczy to też spadku. Przy obecnych rekordowo niskich stopach i

rekordowo wysokich cenach ropy gołym okiem widać, że coś jest nie tak.

Pytanie teraz, czy to stopy zaczną gwałtownie rosnąć, czy też ropa

gwałtownie spadnie. Obecny spread między tymi dwoma rynkami jest tak duży

(historycznie), że należy oczekiwać, że zarówno stopy procentowe zaczną

rosnąć (dopiero w drugiej połowie roku, możliwe że jeszcze z niższego

poziomu 1.00%), jak i ceny ropy rozpoczną spadek.

2) Liczba znaków o Iraku proporcjonalne do obecnego wpływu tej sprawy na

rynek. Przejdźmy jednak do drugiego "politycznego" wydarzenia - planu

Kołodki. Tak nazwijmy w skrócie tzw. "Reformę finansów państwa". Reformy

opisywać nie będę, bo w mediach jest o tym na każdym kroku, przedstawię

tylko swoją opinię. Na początek pochwalę, później będę ganić. Choć trudno

pochwalić kogoś za to, że w końcu przestał źle się zachowywać, to jednak

cieszy sam fakt zorganizowania konferencji prasowej, na której Kołodko nie

uciekał przed dziennikarzami. Wprawdzie nie zawsze były to odpowiedzi na

pytania, a bardzo często propagandowe monologi poza tematem pytania, ale

rozpoczęcia dyskusji w przypadku akurat tego ministra cieszy niezmiernie.

Drugi plus to sam fakt opracowania reformy. Jaka by ona nie była, to mało

który minister chciał w ogóle wychodzić przed szereg i nadstawiać kark dla

dziennikarskich hien. Odwaga i pewność siebie choć są często w tym przypadku

zbyt wyraźnie przedstawiane, to jednak przy takich projektach są bardzo

pomocne. Trzeci plus jest taki, że minister dzięki swoim medialnym

zdolnościom potrafi podnosić podatki, przy ogólnym przekonaniu, że podatki

zostaną obniżone - majstersztyk, którego nie posiada żaden inny polityk.

Do negatywów całej reformy, przede wszystkim zaliczyć trzeba ... brak

reformy. Niemal wszystkie media skoncentrowały się głównie na stawkach

podatkowych. Po pierwsze ustalmostają niezmienione. Nie dostają nic w zamian. Zmieniają się jedynie

stawki dla najuboższych. Każda książka do ekonomii powie, że takie działanie

ani nie pobudzi wzrostu gospodarczego (który inicjują głównie najbogatsi),

ani nie zmniejszy bezrobocia, ani też nie będzie zachęcała do oszczędzania.

Zresztą oszczędzania czego i jak, skoro w tej chwili oszczędności są coraz

niższe, a "reforma" ma być zastrzykiem ponad 8 miliardów do budżetu, czyli

zabrania obywatelom kolejnych pieniędzy. Oczywiście zwiększenie wpływów nie

oznacza zawsze automatycznie podnoszenia efektywnego podatku. W momencie

gdyby obniżyć podatki najbogatszym (a nie najbiedniejszym), to

najprawdopodobniej zwiększyliby swoją aktywność, mieli pieniądze na kolejne

inwestycje (zmniejszenie bezrobocia), zwiększaliby zyski, płacili większe

podatki itd. W żadnym kraju obniżenie podatków tym najbiedniejszym nie

przekładało się na zwiększenie wpływów do budżetu i na wzrost gospodarczy.

To jedynie polityczna propaganda. Natomiast faktyczne wpływy do budżetu

pochodzić będą głównie z likwidacji ulg, czyli tak naprawdę zwiększenia

podatków.

Dramat ? A może konieczność ? Absolutnie nie jestem zwolennikiem

podwyższania podatków, ale gdyby Kołodko zdecydował się zlikwidować ulgi

zwiększając dochody budżetu, a przy tym wprowadził reformę po stronie

wydatków budżetowych !!!! , to wtedy nazwałbym to reformą i przełknął gorzką

pigułkę. W tej chwili jest to nie reforma, a zmiana struktury dochodów

podatkowych (przy jednoczesnym ich zwiększeniu). To nie podatki wymagają

teraz zmian, ale głównie wydatki !!!! (co pozwoliłoby później na obniżkę

podatków). Szczególnie, że wydatki sztywne w następnych latach drastycznie

wzrastają (ze względu na UE). Po stronie wydatków Kołodko nie wprowadza

niemal żadnych istotnych zmian, które dałyby choć cień nadziei na

zmniejszenie deficytu budżetowego. A czy to jest taki problem ? To jest w

tej chwili największy problem. Kołodko wprawdzie zakłada w swojej "reformie"

wygospodarowanie środków na wykorzystanie unijnych funduszy, ale w przypadku

niespełnienia superoptymistycznych (czytaj nierealnych) wizji wzrostu

gospodarczego, bardzo szybko okaże się, że były to tylko założenia. To już

jednak nawet nie tylko sprawa unijnych funduszy. Coraz większy deficyt

pomimo deklaracji minifina oddalać będzie moment wprowadzenia euro. To

jednak też nie największy problem. Największym problemem jest fakt, że

budżet jako główny pożyczkobiorca kreuje bardzo wysokie stopy procentowe i

żadna obniżka RPP tutaj nic nie pomoże. Efektem takiej polityki jest

duszenie wzrostu gospodarczego, który szczególnie w polskich warunkach

(niskie oszczędności) wymaga taniego kredytu. Skracając nieco wywód - dopóki

nie będzie reformy wydatków państwa, to nawet nie ma sensu wymagać od

ministra finansów obniżania podatków, bo jest to niewykonalne. Zwiększyłoby

to tylko deficyt budżetowy i jeszcze mocniej stłumiło wzrost gospodarczy.

Od ministerstwa należy żądać !!! obcięcia większości chorych/patologicznych

wydatków budżetowych, do czego oczywiście nigdy nie ma i prawdopodobnie nie

będzie woli politycznej. Dotrwamy tak do jakiegoś kryzysu, który taką

reformę po prostu wymusi. Wtedy jednak jest to znacznie trudniejsze i

bardziej kosztowne - ekonomicznie, politycznie i społecznie.

Równie nieciekawie zapowiada się spór z NBP o wykorzystanie rezerwy

rewaluacyjnej. Łakomy polityczny tort 27 mld pln może wywołać kolejne mocne

zgrzyty z bankiem centralnym, który bardzo szybko zaprzeczył jakimkolwiek

negocjacjom w tej sprawie. Zresztą warto zauważyć, że nikt nie potrafi na

razie wskazać technicznego sposobu ewentualnego przekazania części tego

pustego pieniądza do budżdomo, że

jeśli rezerwy nie uda się wykorzystać, to za spowolnienie gospodarcze i

kłopoty budżetowe znowu odpowiedzialny będzie Balcerowicz i NBP. Przy

obecnym poziomie stóp procentowych to "alibi" powoli się już wyczerpuje,

więc rezerwa rewaluacyjna jest świetnym tematem zastępczym, a do tego może

faktycznie da się ją wykorzystać ? To samo zresztą dotyczy rezerw

dewizowych, które przy obecnym rozkładzie sił w parlamencie nie mają chyba

szans pozostać w trudnych czasach niezauważone. Na początku przyszłego roku

zaczyna zmieniać się skład RPP i można spodziewać się ataku polityków na

sejfy NBP. Jak groźne byłoby takie działanie ekonomicznych analfabetów chyba

nie trzeba nikogo przekonywać. Wątpię by w nowym składzie NBP zdołał się

obronić, tym bardziej, że naciski zaczynają się już teraz, a kłopoty

budżetowe będą ogromne. Czekamy więc na kolejny konflikt i odstraszanie od

naszego kraju zagranicznych inwestorów.

3) Odstraszyć inwestorów też powinien trzeci polityczny problem ostatniego

tygodnia. Od paru miesięcy inwestorów straszył temat rozpadu koalicji.

Giełdowi plotkarze wielokrotnie straszyli tym nasze indeksy i w końcu plotki

stały się faktami. Oczywiście na pierwszym miejscu całego politycznego

zgiełku jest pytanie - a co z unijnym referendum ? Rynek kapitałowy nie

będzie patrzył w jakich konfiguracjach działa Sejm, ale będzie za to

przyglądać się po pierwsze, czy w ogóle jest w stanie działać, oraz jakie są

szansę na wygranie referendum unijnego przez zwolenników przystąpienia do

UE. Gdyby pojawiła się na horyzoncie możliwość przegrania referendum, to

kapitał zacznie uciekać z tego kraju lawinowo. Oczywiście już teraz pojawiły

się komentarze, że proces konwergencji zostanie przynajmniej zahamowany, ale

tak naprawdę nie dotyczył on nigdy polskich akcji. Te niemal cały czas były

i są droższe od ich europejskich odpowiedników, więc ewentualne

oddziaływanie bezpośrednio na spółki nie jest aż tak mocne. Jednak bez

żadnej wątpliwości, jakakolwiek rysa na procesie akcesyjnym (niezależnie czy

z powodu rozpadu koalicji, czy sprzeciwu członków UE) będzie miała negatywny

wpływ na atmosferę na warszawskiej giełdzie. Jednak powodu do paniki nie ma

jeszcze żadnego. Jeśli SLD będzie w stanie samodzielnie rządzić (wystarczy

przygarnąć paru niezależnych posłów), a PSL nie przyjmie wyraźnej postawy

antyunijnej (do tej pory nie byli oczywistym zwolennikiem UE, więc wielkiej

straty "propagandowej" nie ma) to nie spodziewałbym się żadnych większych

zawirowań zarówno na giełdzie, jak i na rynku walutowym. Tak naprawdę, nie

licząc negatywnych skutków zamieszania politycznego, rozpad koalicji ja bym

odbierał pozytywnie. Nie tylko skończą się targi i szantaże, ale może nawet

przy poparciu choćby PO dałoby się przeprowadzić reformę niektórych

patologicznych wydatków związanych z rolnictwem (Krus, fundusze, agencje

etc.). Te projekty były politycznie niewykonalne ze względu właśnie na PSL.

O możliwych politycznych scenariuszach rozpadu koalicji rozpisywać się nie

będę, bo po pierwsze czytelników zanudzę, a po drugie wystarczy kupić

jutrzejsze gazety. Wszyscy będą gdybać i bajki pisać, bo inaczej o

nieprzewidywalnych politykach pisać nie można. Podsumowując - ja z powodu

rozpadu koalicji akcji bym nie sprzedawał, ale reakcja giełdy jest zawsze w

takich przypadkach wielką niewiadomą. Gdyby w polityce zrobiło się naprawdę

gorąco, to przynajmniej giełdowi inwestorzy będą mieli jedną korzyść -

zobaczą ilu jest zagranicznych inwestorów na naszym rynku. W ich wypadku

przy większym politycznym zamieszaniu odgórne polecenie sprzedaży akcji

wydawane jest niemal automatem.

Dziś Weekendowa była trochę nietypowa - mocno polityczna i tym porannym, choć z wniosków za wiele nikt nie stracił.

Kierunku bowiem na razie wolę nie wskazywać. Uprzedzę, że wykresy nic do

końca nie wyjaśniają, trend od ponad miesiąca jest boczny, rynki światowe

zachowają się mocno chaotycznie, a z dnia na dzień największy wpływ na ruchy

indeksów ma polityka. Na naszym rynku potęgują to jeszcze wspomniane wyżej

czynniki. Podsumowując jakoś można powiedzieć tylko tyle, że Irak to w tej

chwili wielka niewiadoma, Kołodko można zignorować, bo nie tylko plan

reformy nie jest rewolucyjny, ale też nie wiadomo ile z niego przejdzie

przez parlament. A jeśli chodzi o koalicję, to zamieszanie polityczne (to

samo przy AWS-UW) nie miało nigdy aż takiego wpływu na zachowanie indeksów.

Czy te 3 polityczne aspekty namawiają do kupna, czy do sprzedaży, to dziś

trzeba odpowiedzieć sobie samemu. W dzisiejszej Weekendowej ja tylko

dostarczam cukierki, a rozpakować je trzeba sobie samemu. Ja poczekam, aż

ktoś zrobi to pierwszy.

[email protected]

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama