zachowania całej wojennej opozycji, oraz samego przebiegu konfliktu, a tutaj
scenariuszy jest milion, a rynek nie potrafi wybrać żadnego.
Skoncentrujmy się tylko najważniejszych wydarzeniach. USA zabiega o drugą
rezolucję, ale nie widać na razie szans, by taki projekt mógł przejść.
Musiałby to być dokument, który nie pozwala jeszcze Amerykanom na
interwencję zbrojną i nie stawia Irakowi żadnego końcowego terminu
rozbrojenia, po którym taka interwencja byłaby za zgodą ONZ. Tak wynika z
wypowiedzi sprzeciwiających się krajów. Tylko wtedy po co komu taka druga
rezolucja ? Sytuacja mocno patowa i chyba nie muszę tego dokładniej
opisywać. Może cokolwiek rozjaśni się 7 marca (piątek), gdy Hans Blix
przedstawi kolejny raport. Cała uwaga skoncentrowana będzie na procesie
niszczenia irackich rakiet. Przyznam, że zadziwia argumentowanie wojny
rakietami, które przekraczają dozwolony zasięg 150 km. zaledwie o kilka !!!
kilometrów. Oczywiście nie ma wątpliwości, że podczas wojny Amerykanie
znajdą w Iraku poważniejsze powody do wojny (niezależnie czy one faktycznie
tam będą), ale mocno ciekaw jestem jak za kilka lat oceniana będzie
zasadność argumentów do rozpoczęcia wojny z Irakiem. Kilka fotek z satelity
(prawdziwe, aktualne ?) i rakiety przekraczające zasięg o kilka kilometrów.
Naprawdę znacznie więcej można znaleźć do wojny choćby z Polską. Tylko jakie
Bush ma teraz wyjście ? Bez wojny na pewno niea, zabawa, zwodzenie etc. Nie mnie to oceniać, ale to na
pewno nie zaowocuje raportem Blixa dającym jasny sygnał do wojny. Nie
wiadomo ile w tym faktycznej irackiej dobrej woli, a ile zwodzenia i nie
dowiemy się tego nawet przez najbliższe co najmniej kilka tygodni. Irak musi
zniszczyć ponad 100 rakiem, a nie ma do tego możliwości technicznych. Sam
Blix przyznaje, że potrwa to kilka tygodni. Pytanie teraz czy rynki się z
tego ucieszą ? Nie mam pojęcia - zapewne jednego dnia euforia, bo jest
szansa na uniknięcie wojny, a drugiego szokująca przecena, bo utrzymanie
amerykańskiej armii jest ogromnie kosztowne, a do tego nadchodzą mocne
upały.
To jeszcze nie koniec komplikacji. Turcja odrzuciła w sobotę pozwolenie na
rozmieszczenie na swoim terytorium 60 tys. amerykańskich żołnierzy. 264
posłów było za, 250 przeciw, 19 wstrzymało się od głosu. Zabrakło 3 !!!
głosów do uchwalenia zgody. Komplikuje to nie tylko światową scenę
polityczną, ale też samą akcje militarną. Amerykanie mogą w takim układzie
jedynie uderzyć od strony Kuwejtu. To może wydłużyć okres trwania wojny.
Sama decyzja Turcji to taki mały problem Antygony. Z jednej strony przecież
sama Turcja prosiła NATO (czytaj USA) o ochronę swoich granic, a teraz
pomimo jeszcze zgody na ogromną pomoc finansową (sic) nie pozwalają na
rozmieszenie amerykańskich wojsk. To trochę tak jak Polska chce się bratać z
Francją i Niemcami, a za parę dni jest w pierwszym szeregu ich krytyków.
Trudno jednak mieć do tureckiego parlamentu pretensję, skoro ... uwaga ....
90% społeczeństwa nie popiera wpuszczenia Amerykanów. Początek tygodnia
zapewne będzie obfitować w dyplomatyczne zabiegi skłaniające Turcję do
zmiany zdania.
Z kolei między 10 a 14 marca Rada Bezpieczeństwa ma rzekomo debatować o
przyjęciu drugiej (amerykańskiej) rezolucji. Pomimo rozpoczynające się 3
marca nowiu (niemal wszystkie konflikty rozpoczynały się właśnie w tym
okresie - chodzi o brak widoczności w nocy) nie ma chyba politycznych szans
by Amerykanie rozpoczęli wojnę właśnie w tym sprzyjającym militarnie
okresie. Z kolei po tej debacie 18 marca jest pełnia, a w kwietniu już
upały. Znowu patowa sytuacja i choć to tylko pogoda, która przy obecnej
technice może zostać zignorowana, to znowu działa na niekorzyść Amerykanów.
Podsumowując jakoś ten niekończący się problem - mam wrażenie, że po decyzji
Turcji, ugodach Iraku, nasileniu się światowego sprzeciwu ... nie ma
możliwości, by USA uzyskały zgodę ONZ na interwencję w Iraku. Im dłużej trwa
spór o Irak, tym mocniejsze są różnice zdań. Najlepsze wyjście dla giełd to
wycofanie wojsk amerykańskich i oświadczenie Busha, że rozbroi Irak
inspekcjami ONZ. Szansa na to jest wręcz zerowa, a euforia indeksów wręcz
niewyobrażalna. Jednak to oczywiście nie koniec problemu. Czekamy wtedy na
powtórkę 11 września i wojnę mamy w ciągu 2 tygodni. Drugi scenariusz to
kolejne tygodnie zamieszania wokół Iraku, które dalej pozostawią podzieloną
światową opinię i nie wniosą nic nowego do sprawy. Indeksy dalej będą
poruszać się megachaotycznie, a ekonomiści na czele z Greenspanem dalej nie
będą potrafili przewidzieć ekonomicznej przyszłości. Trzeci scenariusz, to
bez oglądania się na resztę świata zaatakować Irak w drugim tygodniu marca.
Tutaj reakcji indeksów określić nie można w krótkim terminie, ale jestem
niemal pewny, że takie rozwiązanie to głębokie nowe minima bessy, choćby
nawet dopiero w przyszłym roku. Długoterminowo takie rozwiązanie byłoby
najgorsze z możliwych. Zarówno pod względem politycznym, ekonomicznym (Bush
poprosił Kongres o 95 mld - dwa razy więcej niż oczekiwano i to są same
koszty wojny, bez okupacji i odbudowy kraju - wszystko na barkach jedyniech od czasu wojny w Zatoce. 40$ za
baryłkę to wręcz mały dramat szczególnie dla amerykańskiej gospodarki. Jeśli
tak wysokie ceny utrzymają się w nieco dłuższym terminie, to o kolejną
recesję można być "spokojnym". Nie wygląda też na to, żeby nawet szybka
wojna spowodowała spadek cen analogiczny do tego po rozpoczęciu pierwszej
wojny z Irakiem. Obecne wzrosty to także wynik srogiej zimy (popyt 20%
większy), strajków w Wenezueli, a nawet gdy te problemy ustąpią, to
odbudowanie amerykańskich zapasów ropy (najniższe od 1975) będzie generowało
odpowiedni popyt do utrzymania wysokich cen. Patrząc na możliwości
produkcyjne OPEC, oraz na historyczne nauczki co do skutków wywindowania cen
ropy, organizacja ta w najbliższych tygodniach powinna pomóc w obniżeniu
cen. Nawet gdyby z Iraku przez rok nie płynęła żadna ropa, to istnieją
techniczne możliwości nawet dwukrotnie większego (niż z Iraku) wydobycia
przez same kraje OPEC. Oczywiście pozostaje kwestia ewentualnego
politycznego szantażu, ale nawet pomimo widma wojny nie liczyłbym już na
wzrost ropy powyżej 40$. Czas hossy na tym rynku dobiegł już chyba końca. Na
koniec jeszcze dwie ciekawostki. Uwzględniając inflację oraz zmiany na rynku
walutowym, obecna cena ropy mogłaby wzrosnąć jeszcze 50% (do 60$ !!!) by
realny koszt baryłki ropy zrównał się ze szczytem z okresu pierwszego
konfliktu w Iraku (1990 - 41$). Po drugie, analizując przez ostatnie
dziesięciolecia korelację między stopami procentowymi, a cenami ropy,
wyraźnie widać, że każdy większy ruch cen ropy był odzwierciedlany w
poziomie stóp procentowych. Logicznym wydaje się, że za wzrostem cen ropy
idzie wzrost inflacji, a ta podnosi stopy procentowe. Trochę upraszczam, ale
taka korelacja występowała niemal przy każdym większym ruchu cen ropy.
Oczywiście dotyczy to też spadku. Przy obecnych rekordowo niskich stopach i
rekordowo wysokich cenach ropy gołym okiem widać, że coś jest nie tak.
Pytanie teraz, czy to stopy zaczną gwałtownie rosnąć, czy też ropa
gwałtownie spadnie. Obecny spread między tymi dwoma rynkami jest tak duży
(historycznie), że należy oczekiwać, że zarówno stopy procentowe zaczną
rosnąć (dopiero w drugiej połowie roku, możliwe że jeszcze z niższego
poziomu 1.00%), jak i ceny ropy rozpoczną spadek.
2) Liczba znaków o Iraku proporcjonalne do obecnego wpływu tej sprawy na
rynek. Przejdźmy jednak do drugiego "politycznego" wydarzenia - planu
Kołodki. Tak nazwijmy w skrócie tzw. "Reformę finansów państwa". Reformy
opisywać nie będę, bo w mediach jest o tym na każdym kroku, przedstawię
tylko swoją opinię. Na początek pochwalę, później będę ganić. Choć trudno
pochwalić kogoś za to, że w końcu przestał źle się zachowywać, to jednak
cieszy sam fakt zorganizowania konferencji prasowej, na której Kołodko nie
uciekał przed dziennikarzami. Wprawdzie nie zawsze były to odpowiedzi na
pytania, a bardzo często propagandowe monologi poza tematem pytania, ale
rozpoczęcia dyskusji w przypadku akurat tego ministra cieszy niezmiernie.
Drugi plus to sam fakt opracowania reformy. Jaka by ona nie była, to mało
który minister chciał w ogóle wychodzić przed szereg i nadstawiać kark dla
dziennikarskich hien. Odwaga i pewność siebie choć są często w tym przypadku
zbyt wyraźnie przedstawiane, to jednak przy takich projektach są bardzo
pomocne. Trzeci plus jest taki, że minister dzięki swoim medialnym
zdolnościom potrafi podnosić podatki, przy ogólnym przekonaniu, że podatki
zostaną obniżone - majstersztyk, którego nie posiada żaden inny polityk.
Do negatywów całej reformy, przede wszystkim zaliczyć trzeba ... brak
reformy. Niemal wszystkie media skoncentrowały się głównie na stawkach
podatkowych. Po pierwsze ustalmostają niezmienione. Nie dostają nic w zamian. Zmieniają się jedynie
stawki dla najuboższych. Każda książka do ekonomii powie, że takie działanie
ani nie pobudzi wzrostu gospodarczego (który inicjują głównie najbogatsi),
ani nie zmniejszy bezrobocia, ani też nie będzie zachęcała do oszczędzania.
Zresztą oszczędzania czego i jak, skoro w tej chwili oszczędności są coraz
niższe, a "reforma" ma być zastrzykiem ponad 8 miliardów do budżetu, czyli
zabrania obywatelom kolejnych pieniędzy. Oczywiście zwiększenie wpływów nie
oznacza zawsze automatycznie podnoszenia efektywnego podatku. W momencie
gdyby obniżyć podatki najbogatszym (a nie najbiedniejszym), to
najprawdopodobniej zwiększyliby swoją aktywność, mieli pieniądze na kolejne
inwestycje (zmniejszenie bezrobocia), zwiększaliby zyski, płacili większe
podatki itd. W żadnym kraju obniżenie podatków tym najbiedniejszym nie
przekładało się na zwiększenie wpływów do budżetu i na wzrost gospodarczy.
To jedynie polityczna propaganda. Natomiast faktyczne wpływy do budżetu
pochodzić będą głównie z likwidacji ulg, czyli tak naprawdę zwiększenia
podatków.
Dramat ? A może konieczność ? Absolutnie nie jestem zwolennikiem
podwyższania podatków, ale gdyby Kołodko zdecydował się zlikwidować ulgi
zwiększając dochody budżetu, a przy tym wprowadził reformę po stronie
wydatków budżetowych !!!! , to wtedy nazwałbym to reformą i przełknął gorzką
pigułkę. W tej chwili jest to nie reforma, a zmiana struktury dochodów
podatkowych (przy jednoczesnym ich zwiększeniu). To nie podatki wymagają
teraz zmian, ale głównie wydatki !!!! (co pozwoliłoby później na obniżkę
podatków). Szczególnie, że wydatki sztywne w następnych latach drastycznie
wzrastają (ze względu na UE). Po stronie wydatków Kołodko nie wprowadza
niemal żadnych istotnych zmian, które dałyby choć cień nadziei na
zmniejszenie deficytu budżetowego. A czy to jest taki problem ? To jest w
tej chwili największy problem. Kołodko wprawdzie zakłada w swojej "reformie"
wygospodarowanie środków na wykorzystanie unijnych funduszy, ale w przypadku
niespełnienia superoptymistycznych (czytaj nierealnych) wizji wzrostu
gospodarczego, bardzo szybko okaże się, że były to tylko założenia. To już
jednak nawet nie tylko sprawa unijnych funduszy. Coraz większy deficyt
pomimo deklaracji minifina oddalać będzie moment wprowadzenia euro. To
jednak też nie największy problem. Największym problemem jest fakt, że
budżet jako główny pożyczkobiorca kreuje bardzo wysokie stopy procentowe i
żadna obniżka RPP tutaj nic nie pomoże. Efektem takiej polityki jest
duszenie wzrostu gospodarczego, który szczególnie w polskich warunkach
(niskie oszczędności) wymaga taniego kredytu. Skracając nieco wywód - dopóki
nie będzie reformy wydatków państwa, to nawet nie ma sensu wymagać od
ministra finansów obniżania podatków, bo jest to niewykonalne. Zwiększyłoby
to tylko deficyt budżetowy i jeszcze mocniej stłumiło wzrost gospodarczy.
Od ministerstwa należy żądać !!! obcięcia większości chorych/patologicznych
wydatków budżetowych, do czego oczywiście nigdy nie ma i prawdopodobnie nie
będzie woli politycznej. Dotrwamy tak do jakiegoś kryzysu, który taką
reformę po prostu wymusi. Wtedy jednak jest to znacznie trudniejsze i
bardziej kosztowne - ekonomicznie, politycznie i społecznie.
Równie nieciekawie zapowiada się spór z NBP o wykorzystanie rezerwy
rewaluacyjnej. Łakomy polityczny tort 27 mld pln może wywołać kolejne mocne
zgrzyty z bankiem centralnym, który bardzo szybko zaprzeczył jakimkolwiek
negocjacjom w tej sprawie. Zresztą warto zauważyć, że nikt nie potrafi na
razie wskazać technicznego sposobu ewentualnego przekazania części tego
pustego pieniądza do budżdomo, że
jeśli rezerwy nie uda się wykorzystać, to za spowolnienie gospodarcze i
kłopoty budżetowe znowu odpowiedzialny będzie Balcerowicz i NBP. Przy
obecnym poziomie stóp procentowych to "alibi" powoli się już wyczerpuje,
więc rezerwa rewaluacyjna jest świetnym tematem zastępczym, a do tego może
faktycznie da się ją wykorzystać ? To samo zresztą dotyczy rezerw
dewizowych, które przy obecnym rozkładzie sił w parlamencie nie mają chyba
szans pozostać w trudnych czasach niezauważone. Na początku przyszłego roku
zaczyna zmieniać się skład RPP i można spodziewać się ataku polityków na
sejfy NBP. Jak groźne byłoby takie działanie ekonomicznych analfabetów chyba
nie trzeba nikogo przekonywać. Wątpię by w nowym składzie NBP zdołał się
obronić, tym bardziej, że naciski zaczynają się już teraz, a kłopoty
budżetowe będą ogromne. Czekamy więc na kolejny konflikt i odstraszanie od
naszego kraju zagranicznych inwestorów.
3) Odstraszyć inwestorów też powinien trzeci polityczny problem ostatniego
tygodnia. Od paru miesięcy inwestorów straszył temat rozpadu koalicji.
Giełdowi plotkarze wielokrotnie straszyli tym nasze indeksy i w końcu plotki
stały się faktami. Oczywiście na pierwszym miejscu całego politycznego
zgiełku jest pytanie - a co z unijnym referendum ? Rynek kapitałowy nie
będzie patrzył w jakich konfiguracjach działa Sejm, ale będzie za to
przyglądać się po pierwsze, czy w ogóle jest w stanie działać, oraz jakie są
szansę na wygranie referendum unijnego przez zwolenników przystąpienia do
UE. Gdyby pojawiła się na horyzoncie możliwość przegrania referendum, to
kapitał zacznie uciekać z tego kraju lawinowo. Oczywiście już teraz pojawiły
się komentarze, że proces konwergencji zostanie przynajmniej zahamowany, ale
tak naprawdę nie dotyczył on nigdy polskich akcji. Te niemal cały czas były
i są droższe od ich europejskich odpowiedników, więc ewentualne
oddziaływanie bezpośrednio na spółki nie jest aż tak mocne. Jednak bez
żadnej wątpliwości, jakakolwiek rysa na procesie akcesyjnym (niezależnie czy
z powodu rozpadu koalicji, czy sprzeciwu członków UE) będzie miała negatywny
wpływ na atmosferę na warszawskiej giełdzie. Jednak powodu do paniki nie ma
jeszcze żadnego. Jeśli SLD będzie w stanie samodzielnie rządzić (wystarczy
przygarnąć paru niezależnych posłów), a PSL nie przyjmie wyraźnej postawy
antyunijnej (do tej pory nie byli oczywistym zwolennikiem UE, więc wielkiej
straty "propagandowej" nie ma) to nie spodziewałbym się żadnych większych
zawirowań zarówno na giełdzie, jak i na rynku walutowym. Tak naprawdę, nie
licząc negatywnych skutków zamieszania politycznego, rozpad koalicji ja bym
odbierał pozytywnie. Nie tylko skończą się targi i szantaże, ale może nawet
przy poparciu choćby PO dałoby się przeprowadzić reformę niektórych
patologicznych wydatków związanych z rolnictwem (Krus, fundusze, agencje
etc.). Te projekty były politycznie niewykonalne ze względu właśnie na PSL.
O możliwych politycznych scenariuszach rozpadu koalicji rozpisywać się nie
będę, bo po pierwsze czytelników zanudzę, a po drugie wystarczy kupić
jutrzejsze gazety. Wszyscy będą gdybać i bajki pisać, bo inaczej o
nieprzewidywalnych politykach pisać nie można. Podsumowując - ja z powodu
rozpadu koalicji akcji bym nie sprzedawał, ale reakcja giełdy jest zawsze w
takich przypadkach wielką niewiadomą. Gdyby w polityce zrobiło się naprawdę
gorąco, to przynajmniej giełdowi inwestorzy będą mieli jedną korzyść -
zobaczą ilu jest zagranicznych inwestorów na naszym rynku. W ich wypadku
przy większym politycznym zamieszaniu odgórne polecenie sprzedaży akcji
wydawane jest niemal automatem.
Dziś Weekendowa była trochę nietypowa - mocno polityczna i tym porannym, choć z wniosków za wiele nikt nie stracił.
Kierunku bowiem na razie wolę nie wskazywać. Uprzedzę, że wykresy nic do
końca nie wyjaśniają, trend od ponad miesiąca jest boczny, rynki światowe
zachowają się mocno chaotycznie, a z dnia na dzień największy wpływ na ruchy
indeksów ma polityka. Na naszym rynku potęgują to jeszcze wspomniane wyżej
czynniki. Podsumowując jakoś można powiedzieć tylko tyle, że Irak to w tej
chwili wielka niewiadoma, Kołodko można zignorować, bo nie tylko plan
reformy nie jest rewolucyjny, ale też nie wiadomo ile z niego przejdzie
przez parlament. A jeśli chodzi o koalicję, to zamieszanie polityczne (to
samo przy AWS-UW) nie miało nigdy aż takiego wpływu na zachowanie indeksów.
Czy te 3 polityczne aspekty namawiają do kupna, czy do sprzedaży, to dziś
trzeba odpowiedzieć sobie samemu. W dzisiejszej Weekendowej ja tylko
dostarczam cukierki, a rozpakować je trzeba sobie samemu. Ja poczekam, aż
ktoś zrobi to pierwszy.
[email protected]