Dawno na światowych rynkach akcji nie było takiej jednomyślności. Spadki zapanowały w krajach uprzemysłowionych bez względu na kontynent. Indeksy giełd amerykańskich coraz bardziej oddalają się od krótkoterminowych średnich kroczących jednoznacznie wskazując, że podaż dominuje. Minima z października ubiegłego roku są coraz bliżej. Od początku roku S&P 500 stracił 14%.
W Japonii i Europie sytuacja jest już o wiele czytelniejsza. Tam dołki jesienne zostały już dawno pokonane. DJ Stoxx 50 po wybiciu się z formacji flagi konsekwentnie zmierza ku poziomowi 1800 pkt. Od stycznia tego roku stracił już prawie 22%. W głównej mierze jest to zasługą parkietów niemieckiego (-23,6%) i francuskiego (-21%). Czyżby uzasadnione miały się okazać plotki krążące po Wall Street, że Amerykanie pozbywają się akcji z tych właśnie krajów? Byłoby to niezwykle dziwne, ponieważ w Stanach Zjednoczonych nie obserwuje się zdecydowanego bojkotu towarów z tych państw europejskich. Nie lepiej jest w Japonii. Nikkei 225 po przełamaniu wielokrotnie testowanego wsparcia w okolicach 8300 pkt. kontynuuje marsz ku lokalnemu minimum na poziomie 6800 pkt.
Ze sfery makro nie napłynęły żadne niepokojące informacje, które mogłyby skłonić inwestorów do pozbywania się akcji. Co więcej, amerykański deficyt handlowy nieco zmalał w styczniu (z 44,9 mld do 41,1 mld USD). Do znudzenia zatem można przywoływać jako argument dekoniunktury na rynku akcji niepokojącą sytuację na scenie międzynarodowej. Z pewnością nie służy to poprawie nastrojów wśród inwestorów. Konflikt w Iraku nieuchronnie się przybliża i sądząc po zachowaniu indeksów widać, że coraz więcej inwestorów wątpi w szybkie rozstrzygnięcie zmagań na Bliskim Wschodzie.
Spadki mają się w najlepsze. Trend trwa i dopóki nie widać jego odwrócenia, należy zakładać, że będzie kontynuowany. Statystycznie stopy zwrotu z rynku akcji w marcu są zazwyczaj mizerne. Dotychczasowe zachowanie się indeksów państw uprzemysłowionych wskazuje, że także tym razem tak będzie.