Poddając analizie ostatnie zmiany wartości WIG20, można zadać całkiem zasadne pytanie, czy krajowi inwestorzy bardziej racjonalnie niż ich zachodni koledzy oceniają skutki coraz to bardziej prawdopodobnej wojny Amerykanów z Saddamem. Rodzimi gracze wydają się niewzruszeni argumentami o możliwym szybkim uporaniu się z irackim reżimem i nie poddają się ogólnej fali światowego (wyłącznie giełdowego) optymizmu. Choć akurat wczorajsza sesja przebiegła pod wznakiem wymuszonej, ale jednak zwyżki.
Jedynym, ale za to silnym argumentem, mogącym świadczyć na korzyść wzrostu, jest skala odnotowanego na wczorajszej sesji obrotu. Był on najwyższy od 14 stycznia tego roku. Niestety, indeks dotarł w okolice pierwszej podażowej zapory i... sobie z nią nie poradził. Stanowi ją linia szyi potencjalnej formacji odwróconej głowy z ramionami (ewentualnie zwykła linia trendu spadkowego). Sukcesem byków można nazwać domknięcie (według cen zamknięcia) luki bessy, według mnie dość przypadkowo otwartej w poniedziałek. Co do samej formacji mam liczne wątpliwości, wynikające przede wszystkim z niepoprawnej sekwencji obrotu.
Liczne wskaźniki techniczne znalazły się ponad poziomami wyprzedania, ale dalekie są od jakichkolwiek sygnałów kupna. Tym samym znów powstała przestrzeń do dalszych spadków i dopiero po ich wystąpieniu można oczekiwać poważniejszych pozytywnych dywergencji.
O ile duże wzrosty indeksów zachodnich nie mają większego wpływu na krajowy prakiet, o tyle zniżki (szczególnie te niespodziewane) od razu znajdują przełożenie w zachowaniu rodzimych inwestorów. Widać to było również i wczoraj, gdy mozolny wzrost naszego indeksu zatrzymany został przez raptowny (ponad 100-punktowy) spadek w kierunku poniedziałkowego zamknięcia niemieckiego indeksu DAX. Różnica między rynkami polega jednak na tym, że my wciąż tkwimy w strachu przed spadkiem do 1030 pkt., podczas gdy giełdy zachodnie kontynuują korekty (?) wzrostowe, zwyżkując w ostatnich kilku dniach o kilkanaście procent.