Zjawisko zaobserwowano na większą skalę podczas pierwszej wojny w Zatoce Perskiej, a następnie po zamachach terrorystycznych z 11 września. Amerykanie masowo pozostali w domach, oglądając relacje korespondentów wojennych, a wielkie sklepowe hale świeciły pustkami. W 1991 r. podczas pierwszego dnia działań wojennych transmisje z Bagdadu oglądało ponad 85 milionów telewidzów w ponad 50 milionach gospodarstw domowych (54% wszystkich rodzin). Z kolei 11 września 2001 r. relacje telewizyjne oglądało prawie 80 milionów widzów w 53 milionach domów. W kolejnych dniach oglądalność programów informacyjnych stopniowo spadała, ale wciąż była dużo wyższa od przeciętnej. Czas spędzony przez ekranem ograniczył wyprawy Amerykanów do sklepów. Według Kena Goldsteina, ekonomisty Conference Board, podobne zjawisko wystąpi podczas obecnego konfliktu.
Na dłuższą metę "efekt CNN" może okazać się niebezpieczny dla całej gospodarki, w której wewnętrzny popyt generuje aż dwie trzecie PKB. Ekonomiści przypominają, że wskaźniki zaufania konsumentów znajdują się na najniższym poziomie od ponad dekady. Handel ma już za sobą bardzo słaby luty, gdy pogoda na wschodnim Wybrzeżu paraliżowała dojazd do centrów handlowych przez kilka weekendów. Teraz wojna może sparaliżować handel detaliczny w ostatniej dekadzie marca. Bez wątpienia znajdzie to negatywne odbicie we wskaźnikach makroekonomicznych.
Większość ekonomistów uspokaja jednak, że na dłuższą metę "efekt CNN" nie odbije się negatywnie na gospodarce i nie doprowadzi do recesji. Oczywiście, z jedym zastrzeżeniem - wojna musi być krótka i zwycięska.