Reprezentanci pięciu największych państw należących do strefy euro dostaną w radzie EBC cztery głosy, z których będą korzystać rotacyjnie - zdecydowano na szczycie UE w Brukseli. Pozostali członkowie unii walutowej będą dzielić 11 miejsc. Oprócz tego będzie sześciu stałych członków - zarząd EBC.
Takiemu rozwiązaniu, krzywdzącemu mniejsze państwa, początkowo sprzeciwiały się Finlandia i Holandia, ale ostatecznie głosowały za. Niewielkie znaczenie miał również fakt, że propozycje zostały negatywnie zaopiniowane przez komisję Parlamentu Europejskiego.
- Szef polskiego banku centralnego będzie uczestniczył w mniej niż jednej trzeciej posiedzeń rady EBC - mówi Bogusław Grabowski z Rady Polityki Pieniężnej. Z drugiej jednak strony, nawet przy takim układzie, w radzie będzie zasiadać ponad 20 członków. - To może oznaczać problemy z podejmowaniem decyzji - twierdzi B. Grabowski.
Podobnego zdania są też zagraniczni ekonomiści. - Jeżeli spotka się taka liczba ekspertów, aby zdecydować, co jest dobre dla strefy euro, to żaden pomysł nie zadowoli wszystkich - powiedział Bloombergowi Jonathan Hoffman, główny ekonomista z Royal Bank of Scotland. - Lepszym rozwiązaniem byłaby rada składająca się z kilku członków - stwierdził z kolei Bernd Weidensteiner, ekonomista z DZ Banku.
Rozwiązanie przyjęte przez UE zostało zaczerpnięte ze Stanów Zjednoczonych. W Radzie Otwartego Rynku Fed, decydującej o stopach procentowych, zasiada rotacyjnie 12 przedstawicieli 19 banków stanowych. Oprócz tego jest jeszcze siedmiu członków stałych.