Ogromny skok optymizmu przyniósł w Stanach rekordową jak na ten rok przecenę. Nasz rynek niemal na te spadki nie zareagował. Po pierwsze, zgodnie z tradycją reagujemy jedynie na oczekiwania co do kolejnych sesji. Po drugie, spadek za Oceanem był na śladowym obrocie, co na razie wskazuje jedynie na korekcyjny charakter. A po trzecie, wraz z rynkiem węgierskim od początku marca stabilnie wspinamy się na coraz wyższe poziomy. Zapoczątkowana wtedy utrata korelacji z zachodnimi indeksami, poprzedzona pierwszą falą osłabienia złotego, jasno wskazywała i dalej wskazuje na zagraniczny kapitał, jako główny rozgrywający na naszym parkiecie.

Oczywiście, nie żyjemy w próżni i błędne byłoby zakładanie, że konflikt w Iraku jest dla polskiego czy węgierskiego rynku obojętny. W dłuższym terminie to sprawa kluczowa dla całej światowej gospodarki, ale jakiekolwiek prognozy związane z przebiegiem wojny i reakcją giełd są wróżeniem z fusów. A grać przecież jakoś trzeba. Jedynie pocieszające jest to, że taka niepewność udziela się każdemu inwestorowi, niezależnie od wielkości kapitałów czy szybkości dostępu do informacji.

W tej niepewności zamiast rozchwianych największych giełd, rynki kandydatów do UE wydają się inwestycjami zdecydowanie bezpieczniejszymi. Dodatkowo zachęca jeszcze ogromne poparcie w referendum na Słowenii (Węgry 12 kwietnia), oraz rosnące w najnowszych sondażach poparcie w Polsce. W scenariuszu kontynuacji siły naszego rynku jest tylko jedna rysa - możliwość jakiegoś dramatycznego pogłębienia politycznej wojny nie tylko w Iraku, ale też między polskim prezydentem i premierem oraz poszczególnymi ministrami. Wtedy 2-miesięczna konsolidacja (w mojej ocenie akumulacja) mogłaby okazać się nie bazą do odreagowania, ale szczytem optymizmu.