Jak mówi Grzegorz Kołodko, poziom 4,35 zł za euro "gwarantuje konkurencyjność polskich przedsiębiorstw i długotrwałą równowagę zewnętrzną". Szef resortu finansów, który odpowiadał wczoraj na pytania internautów, przypomniał, że właśnie taki kurs sugerował w maju ub.r. i jego prognozy się sprawdziły.
W środę po południu euro kosztowało ok. 4,34 zł. W ciągu dnia jego cena wzrosła, z 4,32 zł na otwarciu. - Myślę, że nie miało to związku z wypowiedzią ministra. Główny powód osłabienia złotego to umocnienie waluty europejskiej do dolara na rynkach międzynarodowych - uważa Artur Wróbel, dealer walutowy z Banku Handlowego. Jego zdaniem, maksymalny poziom, do jakiego może się w tej chwili osłabić nasza waluta, to 4,4 zł za euro. - Jeżeli kurs złotego spada do takiego poziomu, to zagraniczni inwestorzy natychmiast zaczynają kupować naszą walutę. Myślę, że to jest dla nich ważniejsze od sugestii ministra finansów - twierdzi A. Wróbel.
Według Zbigniewa Chmielewskiego, szefa departamentu skarbu w ING BSK, nie należy też oczekiwać, aby rynek w przyszłości przejmował się uwagami G. Kołodki. - Złoty będzie się umacniał. To tylko kwestia czasu. Nastąpi to, jak tylko skończą się napięcia polityczne w kraju oraz na świecie - mówi Z. Chmielewski. Jego zdaniem, w ciągu najbliższych sześciu miesięcy euro będzie kosztować mniej niż 4 zł.
W opinii Z. Chmielewskiego, spełnienie się prognozy ministra finansów dotyczącej złotego z maja ub.r. to czysty przypadek. - Osłabienie złotego od tamtego czasu było przede wszystkim efektem kryzysu politycznego w kraju i oczekiwaniem na wybuch wojny z Irakiem. Nie sądzę, aby to można było przewidzieć - twierdzi specjalista. - Trudno ocenić, czy to było tylko szczęście - twierdzi z kolei Maciej Reluga, główny ekonomista BZ WBK. Przyznaje jednocześnie, że w ostatnim czasie na notowania naszej waluty największy wpływ miały czynniki polityczne, a nie fundamenty gospodarki.
G. Kołodko poinformował również, że spośród kryteriów z Maastricht, warunkujących przyjęcie euro, najtrudniej będzie Polsce zmniejszyć deficyt poniżej 3% PKB. Jego zdaniem, będzie to możliwe dopiero w 2006 r.