Reklama

Okazja stulecia

Publikacja: 28.03.2003 09:40

Kilka dni temu komentator finansowy jednej z niemieckich stacji telewizyjnych stwierdził, że w tym wieku były dotychczas dwie rewelacyjne okazje inwestycyjne. Pierwsza we wrześniu 2001 r., a wykorzystałby ją ten, kto sprzedałby kontrakty terminowe na ropę i indeks DAX po zamachach na WTC. Druga pojawiła się zaledwie kilka tygodni temu, gdy w lutym cena za baryłkę ropy wynosiła niemal 40 USD. Zdaniem komentatora, należało obstawić spadki i grać na zniżkę cen ropy. Analityk ten twierdził, że okazję można jeszcze wykorzystać. Pomimo około 20-proc. zniżki potencjał spadkowy jest wciąż bardzo duży. Jego zdaniem, cena za baryłkę może sięgnąć 10 USD. Dla niego wszystko jest proste - trwa właśnie wojna o tanią ropę, na której zależy Ameryce.

Zaraz potem stacja ta pokazała grupę protestujących przeciwko wojnie polskich anarchistów, którzy twierdzili dokładnie to samo: to jest wojna o ropę. Zadziwiająca jednomyślność, zwłaszcza gdy jest oparta na błędnym rozumowaniu.

Koszt wydobycia ropy w Zatoce Perskiej oscyluje wokół 1 USD za baryłkę, na Morzu Północnym wymaga nakładów w wysokości ok. 4 USD, a na Syberii aż 10 USD. Załóżmy, że scenariusz wspomnianego Niemca zrealizowałby się i cena faktycznie zmierzałaby w kierunku 10 USD. Przy takim poziomie nieopłacalne stałoby się wydobycie ropy syberyjskiej (do kosztów eksploatacji należy dodać koszt transportu), a że nikt nie będzie wydobywał dla idei, zmniejszy się wówczas ogólna ilość dostępnej na rynku ropy. Ograniczona podaż z mało elastycznym popytem przyczyniłyby się do zdecydowanej zwyżki cen, aż do poziomu satysfakcjonującego eksporterów ropy, pozwalającego im na przywrócenie opłacalnego wydobycia. Ten prosty mechanizm uniemożliwia spadek do przewidzianych przez komentatora 10 USD. Teza, że USA mogłyby pokryć deficyt zwiększonym wydobyciem w Iraku, nie znajduje uzasadnienia. Skoncentrowanie niemal całego strategicznego wydobycia w jednym (a jakże niebezpiecznym) regionie jest sprzeczne z jedną z podstawowych zasad minimalizacji ryzyka - dywersyfikacją. Uwzględniając fakt, że USA ostatnio zmniejszyły własne wydobycie, można dojść do konkluzji: byłaby to czysta głupota!

Również kilka innych przesłanek przemawia przeciwko twierdzeniu, że jest to wojna o ropę. USA mogły zapewnić sobie lukratywne kontrakty w Iraku, tak jak zrobiły to Rosja i Francja. Ich potęga ekonomiczna zdeklasowałaby rywali, a efekt osiągnęliby zdecydowanie niższym kosztem, niż zaplanowane 75 mld USD na operację wojskową.

Ponadto należy się zastanowić, jaki interes miałyby mieć USA w zbijaniu cen. Teoria głosząca, że zawsze im na tym zależało, jest oderwana od rzeczywistości. W 1928 r. kompanie naftowe zawarły umowę w Achnacarry, która była podstawą systemu zwanego "Zatoka plus". Zasady były proste: cena ropy w dowolnym miejscu świata miała być równa cenie w Zatoce Meksykańskiej powiększonej o koszt transportu ropy z Zatoki w dane miejsce. W ten sposób Amerykanie zapewnili skuteczną ochronę swoim nafciarzom. Ich celem nie była jak najtańsza ropa, a jak największy zysk. Dzisiaj USA też mają swoje koncerny naftowe i raczej nie dadzą im zrobić krzywdy.

Reklama
Reklama

Wygląda na to, że niestety nie będziemy już jednak mogli wziąć udziału w "dealu" życia. Na pocieszenie pozostaje jedynie fakt, iż wspomniana jednomyślność znów zagości między narodami. My ponarzekamy na wysokie ceny benzyny, a komentator, wzorem swojego kanclerza, na Stany Zjednoczone.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama