Po nacjonalizacji Stoczni Szczecińskiej nastąpiła nieformalna nacjonalizacja Stoczni Gdynia-Gdańsk. Skarb Państwa, jako mniejszościowy udziałowiec, podyktował zmiany kadrowe. Rada Nadzorcza odwołała prezesa Szlantę. Dlaczego mniejszość podyktowała warunki większości? Bo ma stosowne narzędzia, czyli gwarancje, poręczenia i ewentualne dokapitalizowanie. Po cichu mówi się także o pożyczce na płace dla stoczniowców. Uruchomienie tych narzędzi Skarb Państwa uzależnił od usunięcia prezesa Szlanty. W ten sposób prywatna stocznia stała się zależna kadrowo i finansowo od państwa. Tak jak Stocznia Szczecińska Nowa. Dlatego nazywam ten manewr nieformalną nacjonalizacją.
Taka polityka budzi poważne zastrzeżenia. Nie tylko dlatego, że nastąpiła zwłoka. Sytuacja firmy i nastroje załogi pogorszyły się, gdy administracja grała z zarządem w chowanego. Nie tylko dlatego, że mamy do czynienia z odwrotnością i zaprzeczeniem procesu prywatyzacji. Sprywatyzowane firmy wracają na "garnuszek państwowy". Agencja Rozwoju Przemysłu, w imieniu Skarbu Państwa, staje się izbą pogotowia dla rozmaitych branż gospodarki. Banki przyzwyczajają się do kredytowania bez ryzyka, zabezpieczonego przez gwarancje, a nawet udziały państwowe. Kadra zarządzająca orientuje się na państwowego mocodawcę. Polowanie na menedżerów jest zresztą ulubionym chwytem władzy, choćby po to, by odwrócić uwagę od bałaganu panującego na górze. Bywają wyjątki, gdy chroniony prezes (np. PZU) okazuje się mocniejszy od ministra skarbu państwa. W stoczniach menedżerowie stali się pierwszym celem ataku (w Szczecinie nawet kozłem ofiarnym, potraktowanym w równie haniebny sposób, jak prezes Kluska).
Zwracam uwagę na długofalowe skutki wtórnego uzależnienia tej czy innej branży od państwowego opiekuna. Nie stać nas na takie formy pomocy, jakie tolerują kraje Unii Europejskiej albo praktykują państwa Dalekiego Wschodu. Potrzebna jest asekuracja w czasie dekoniunktury, zwłaszcza w szczególnej sytuacji odwrócenia się banków od przemysłu stoczniowego po upadku Szczecina. Potrzebne jest przywrócenie współpracy z bankami i głęboka restrukturyzacja wewnętrzna, słowem dalszy ciąg tego, co rozpoczęto w latach 90. i zahamowano na fali sukcesów. Wtedy może to być branża konkurencyjna i eksportowa. Alternatywa, jaka wyłania się z chaotycznych i spóźnionych działań rządu, to zbiór podmiotów zależnych od państwa, łączonych zza biurka w kulejącą całość - podobną do Kompanii Węglowej i Polskiego Cukru. Jest to scenariusz powolnego schyłku branży, która mogła być polską specjalnością w Europie.