Już wiemy, kto jest odpowiedzialny za marazm na polskiej giełdzie - NBP. Wczoraj jeden z ministrów przekonał mnie bowiem, że Bank Centralny jest winny po prostu wszystkiemu. Począwszy od bezrobocia i niekorzystnego kursu złotówki, a skończywszy na uniemożliwieniu wejścia Polski do strefy euro. Tym ostatnim pogroził NBP minister (przynajmniej w trakcie pisania komentarza) Kołodko, który chce w ten sposób wymusić karkołomne rozwiązanie rezerwy rewaluacyjnej.

Proponuje pójść z retoryką nieco dalej i przeznaczyć ową rezerwę na opiekę socjalną, pensje górników i dopłaty do zboża. Gwarantuje, że takim argumentom NBP ulegnie w ciągu miesiąca. Kończąc ten smutny wątek, z góry obarczam ministra finansów odpowiedzialnością za jakiekolwiek giełdowe spadki, wywołane jego wypowiedziami i działaniami. Na razie jednak lepiej chyba wypatrywać wzrostów, choć unijny zegar z każdym dniem zostawia coraz mniej czasu. 9 kwietnia mamy głosowanie nad zatwierdzeniem traktatu akcesyjnego, 3 dni później referendum w bardzo bliskich inwestorom Węgrzech, a 16 kwietnia podpisanie traktatu akcesyjnego. Praktycznie jedyna niepewność jest przy pierwszej dacie, gdyż trwa spór o uprawnienia budżetowe, ale szanse, by mogło to stanąć na drodze rozszerzenia, są wręcz znikome.

Polityczny kalendarz sprzyjać więc będzie "podgrzaniu" naszego rynku, a już na pewno nie zachęca do pozbywania się w tej chwili akcji. Oczywiście z każdym dniem konsolidacji podaż będzie narastać, rozczarowana brakiem wzrostów. Zwyżki powstrzymywać może zarówno dalsza ministerialna karuzela, jak i niekorzystne wiadomości z Iraku. Mimo to w najbliższych dniach preferowałby grę na długich, choć polecanie jakiejkolwiek pozycji do czasu wyjścia z trendu bocznego jest nieco przedwczesne.