Kilka dni temu Commerzbank poinformował o swojej rezygnacji z prowadzenia działalności maklerskiej na japońskim rynku. Decyzję tę uzasadniano dekoniunkturą goszczącą od wielu lat na giełdzie w Tokio. Warto dodać, że nie jest to pierwszy taki przypadek. A przecież jeszcze dekadę temu za szczyt dyletanctwa uchodziło właśnie nieposiadanie swojej placówki w Kraju Kwitnącej Wiśni. Cóż, czasy się zmieniają - trudno o bardziej wyeksploatowany truizm, ale to właśnie m.in. na nim opieram swój "tytułowy" optymizm. Czemu?
Polscy inwestorzy zdążyli się przyzwyczaić do stale zmniejszającej się liczby domów maklerskich afiliowanych przy GPW. Dzisiaj mamy do dyspozycji 23 pośredników, czyli o prawie 40% mniej niż dwa lata temu, gdy mogliśmy korzystać z usług aż 37 biur brokerskich. Podobną tendencję wykazują obroty. W lutym 2003 roku sięgnęły ok. 2,5 mld zł, w analogicznym okresie w 2001 roku były ponad dwa razy większe. Panujący na rynku marazm najlepiej można było zaobserwować pod koniec zeszłego miesiąca, gdy wartość akcji, które zmieniły właściciela, pobiła swoisty rekord - osiągnęła poziom tak niski, że aż nie notowany od 1996 roku. Czynniki te przekładają się oczywiście na kondycję jeszcze funkcjonujących na naszym rynku biur maklerskich. Z opublikowanego ostatnio raportu KPWiG wynika, że w zeszłym roku zysk netto podmiotów prowadzących działalność maklerską obniżył się o 66% w stosunku do 2001 r.
Nie są to optymistyczne dane, na szczęście jednak napływają również pozytywne informacje. Przyciśnięci przez dekoniunkturę brokerzy oferują coraz więcej zarówno instrumentów, jak i rynków, na których można grać, spekulować... Niezwykle interesujący jest fakt, że coraz więcej klientów gra na giełdzie za pośrednictwem platform internetowych. Ponadto na wykorzystywanie tego medium decydują się również ludzie, mający dotychczas niewiele wspólnego z rynkiem kapitałowym. Internet ma również jeszcze jedną zaletę - jest tani, a właśnie na redukcji kosztów zależy pośrednikom.
Cięcia dotknęły zarówno liczby etatów maklerskich, jak i wynagrodzeń brokerów. Okres, gdy czerwone szelki były gwarancją szybkiego wkroczenia na krótką ścieżkę do wzbogacenia się, minął. Zawód, który jeszcze kilka lat temu uważany był za jeden z bardziej prestiżowych, dziś wiele stracił na atrakcyjności. Okazję, aby się o tym przekonać, miałem podczas zorganizowanych przez AISEC "Dni kariery", gdzie dość duże zainteresowanie budziły etaty w służbie cywilnej. Co to oznacza? Dziś zdecydowanie większą popularnością cieszą się stałe i pewne, chociaż gorzej płatne stanowiska.
We fragmencie, który miał być optymistyczny, opisuję złą sytuację brokerów? Otóż właśnie opisane trudności napawają mnie optymizmem. Koniunkturę giełdową można mierzyć różnymi wskaźnikami. Ostatnio natrafiłem na opis następującej zależności. W USA w latach 1929, 1987, 1997 oraz 2000 nie tylko indeksy osiągały nowe maksima. Również liczba zatrudnionych maklerów oraz wysokość ich wynagrodzeń ustanawiały rekordy. O zawodzie maklera śniły tysiące młodych Amerykanów, a wychodząc naprzeciw tym oczekiwaniom jedna ze szkół podstawowych na Florydzie w 1997 r. wprowadziła przedmiot: "Bogactwo materialne a rynek papierów wartościowych". Cena miejsca na parkiecie na Wall Street osiągnęła niemal kosmiczne pułapy. Wkrótce po takiej euforii bądź nastąpił krach, bądź zaczęła się bessa.