Giełdowy inwestor wie chyba najlepiej, że interpretacja każdej wiadomości może być dowolna. Poniedziałkowe zachowanie rynku w USA sugeruje, że powoli kończy się okres optymistycznego odbierania wojennych doniesień i różowe okulary może zastępować czarnowidztwo. Inwestorzy zaczęli bowiem dostrzegać, że fundamenty tego 14-proc. wzrostu (dolna granica dotychczasowych korekt) są bardzo kruche i koniec wojny nie zmieni natychmiast fatalnego stanu gospodarki, która pomimo lekkiej powojennej poprawy będzie w przyszłych miesiącach ciągnąć indeksy na południe. Uciec od tego problemu można jedynie przedłużaniem wojny, choć tutaj skutki dla indeksów mogą być jeszcze gorsze. Ale uwaga, emocje na bok. To przecież tylko informacyjna giełdowa otoczka, której interpretacja w krótszym terminie zależy wyłącznie od nastrojów inwestorów.
A to właśnie ostatnie zbyt bycze nastroje nie świadczą najlepiej o rynku. Mój ulubiony wskaźnik nastroju M. Hulberta na zamknięcie poniedziałkowej sesji wyniósł 43%. Odnosząc to do 10 marca, gdy wskaźnik wynikiem -19% zwiastował przesilenie rynku, mamy zwyżkę o 62 pkt proc., co jest największym miesięcznym wzrostem optymizmu w całej bessie. Wniosek z tego jest dość prosty. To nie jest nowa rodząca się w strachu hossa, a jedynie jedna z wielu korekt. Są jednak na koniec dwie dobre informacje. Po pierwsze, przed powrotem do bessy ta korekta ma szansę (po złapaniu oddechu) doprowadzić w najbliższych tygodniach indeksy w USA nawet na grudniowe szczyty. W takim układzie nie wypada jeszcze pozbywać się ostatniego optymizmu, zarówno w odniesieniu do rynku amerykańskiego, jak i polskich kontraktów. Wczorajszy spadek ma korekcyjny charakter i tak pozostanie do czasu zamknięcia luki hossy. Może dzisiaj rynek podgrzeje głosowanie nad traktatem akcesyjnym?