W swoim wystąpieniu w parlamencie po raz drugi w ciągu pięciu miesięcy Brown musiał wprowadzić korektę do prognoz tegorocznego wzrostu gospodarczego. Zamiast przewidywanych 2,75%, wzrost ma wynieść między 2 a 2,5%. Deficyt budżetowy prawdopodobnie wzrośnie do 27 mld funtów. W swoim listopadowym przedbudżetowym raporcie Brown przewidywał, że wyniesie on 24 mld funtów.
Zgodnie z obietnicami wyborczymi, Brown nie podniósł podatku dochodowego. Obecnie wynosi on 10% dla osób o rocznych dochodach nie przekraczających 1700 funtów, 22% - dla zarabiających od 1700 do 29000 funtów i 40% dla Brytyjczyków zarabiających więcej niż 29 000 funtów. W ogólnych komentarzach dotyczących budżetu powtarza się słowo: hazard. Swoje prognozy wzrostu gospodarki brytyjskiej i wydatków kanclerz oparł na założeniu, że poprawi się koniunktura w światowej gospodarce - założeniu, którego nie podziela spora część ekonomistów.
Raporty z ostatnich miesięcy dotyczące produkcji przemysłowej, stanu sektora usług czy sprzedaży detalicznej faktycznie nie wróżą dobrze brytyjskiej gospodarce. - Kanclerz wciąż nie przyjmuje do wiadomości, że Wielkiej Brytanii grozi coraz większy deficyt finansów publicznych - twierdzi Michael Saunders z Citigroup. Na przekór prognozom niezależnych ekspertów Brown wyraził nadzieję, że w następnym roku wzrost gospodarczy wyniesie między 3 a 3,5%.
Emocje wzbudziło kilkakrotnie powtórzone przez Browna stwierdzenie, że gospodarka brytyjska bez euro ma się całkiem nieźle. Oznaczać to może, że po ogłoszonych w czerwcu wynikach pięciu testów ekonomicznych dotyczących opłacalności przestąpienia do unii walutowej, kanclerz może wyrazić opinię, że czas na rezygnację z funta jeszcze nie nadszedł. Zdaniem komentatorów, spięcia w obrębie Unii Europejskiej na tle wojny w Iraku bynajmniej nie pomogły brytyjskim entuzjastom wspólnej waluty.
Brytyjczycy zarezerwowali w państwowej kasie 3 mld funtów na pokrycie kosztów związanych z udziałem ich wojsk w wojnie na Bliskim Wschodzie.