Już pierwszy rzut oka na wykresy czołowych amerykańskich indeksów pozwala stwierdzić, że poprawę koniunktury, związaną z amerykańską interwencją w Iraku, rynki mają już za sobą. Skończyła się ona równie szybko i niespodziewanie, jak szybko wojskom koalicji udało się zająć Bagdad. Ba, już pierwsze doniesienia o słabej obronie irackiej stolicy, wywołały wśród inwestorów wzmożoną chęć pozbywania się akcji (w myśl zasady: kupuj plotki, sprzedaj fakty). Tym samym, czynnik ten przestał mieć znaczenie, a gracze ponownie zaczęli wsłuchiwać się, w dość częste ostatnio, komunikaty ze spółek. Czyli szara, giełdowa rzeczywistość.

Ten powrót do giełdowej rzeczywistości, po czterech tygodniach sielanki, wyraźnie widać na wykresach. Wyrysowane w ostatni poniedziałek spadające gwiazdy na DJIA i S&P500 oraz długa czarna świeca w przypadku indeksu Nasdaq Composite, jednoznacznie sygnalizują pobudkę niedźwiedzi. Stąd też, można oczekiwać, że najbliższe tygodnie przyniosą przynajmniej test marcowych dołków (Dow Jones 7524 pkt; S&P500 801 pkt). Chociaż, mając w pamięci stare giełdowe powiedzenie: sell in May and go away, trzeba raczej liczyć się z nieco większą zniżką, prowadzącą do testu ubiegłorocznych minimów. Powrót rynku niedźwiedzia potwierdza zachowanie amerykańskiej waluty, która ponownie słabnie względem euro.

Na wojennej hossie nie skorzystali inwestorzy z Kraju Kwitnącej Wiśni. Co prawda, Nikkei pokonał silną barierę podażową, jaką na wysokości 8300 pkt tworzyło dolne ograniczenie sześciomiesięcznej stabilizacji. Jednak tak wygenerowanego sygnału kupna nie udało się potwierdzić pokonaniem, znajdującej się 2% wyżej, dziesięciomiesięcznej linii trendu spadkowego. Odbicie od niej, a następnie spadek poniżej 8300 pkt, to jednoznaczny sygnał sprzedaży, przekreślający w najbliższym czasie jakiekolwiek szanse na wzrost. W ten sposób zamiast zwyżki do 9450 pkt, Nikkei powinien dalej spadać, kierując się ku 6850 pkt (lokalny dołek z 1982 roku). Tym samym straty w tej trwającej już 14 lat bessie sięgną ponad 82%.