Analizując owe programy produkowane przez biurokracje w różnych krajach transformacji przyjąłem stosować "test sapera". Polega on na tym, że jeśli znajdę w programie choćby jedną propozycję-minę, która jest bezsensowna z ekonomicznego punktu widzenia, to traktuję taki program za niewart dalszego czytania. W programach Kołodki i Hausnera jest kilka dobrych rozwiązań, jednak są tam też propozycje, które oba dyskwalifikują. Przytoczę tylko po jednej "rezerwowej" propozycji każdego z ministrów.
Pierwotna propozycja ministra Kołodki dotycząca wykorzystania rezerwy rewaluacyjnej NBP polegała na jej przekazaniu do budżetu w postaci zysku NBP, czyli na czystej emisji monetarnej, co w efekcie mnożnikowym zwiększyłoby podaż pieniądza o ok. 15%. Doprawdy trzeba wierzyć w teorię gąbki, aby twierdzić, że taka podaż nie doprowadziłaby do wzrostu inflacji, i to w krótkim okresie. Kolejne modyfikacje propozycji Kołodki polegały na wykorzystaniu rezerwy rewaluacyjnej do spłaty zadłużenia zagranicznego, co doprowadziłoby "tylko" do zmiany struktury aktywów rezerwowych NBP (mniej aktywów zagranicznych, a więcej krajowych). Przy tej okazji ponownie rozgorzała dyskusja, czy poziom aktywów rezerwowych NBP nie jest zbyt wysoki, bo przecież w Polsce panuje reżim kursu płynnego i bank centralny nie musi interweniować w jego obronie. Kłopot w tym, że po wstąpieniu do UE będziemy zobowiązani do przystąpienia do Mechanizmu Kursów Walutowych II i zmiany reżimu kursu płynnego na kontrolowany. MKW II jest następcą MKW, który w czasie kryzysu walutowego z lat 1992-1993 nie wytrzymał ataków spekulacyjnych. Najmniej odporne na kryzys okazały się waluty krajów najsłabszych, które zdewaluowano o ponad 20%. Może się równie dobrze zdarzyć, że złoty będzie umacniał się, jak na przykład hiszpańska peseta, która zyskała prawie 30% w stosunku do dolara w ciągu 2 lat po przystąpieniu do UE. W takiej sytuacji budżet państwa, ale już nie minister Kołodko, musiałby zwracać rezerwę rewaluacyjną do NBP.
Zamiast brnąć w rezerwę minister Kołodko mógł wykazać się refleksem ministra Hausnera, który początkowo zaproponował "wykorzystanie" rezerw celowych banków komercyjnych na należności zagrożone, a następnie szybciutko się z tego wycofał. Pomysł użycia rezerw celowych banków polegać miał na zwolnieniu banków z obowiązku ich tworzenia pod warunkiem zrolowania starych kredytów nowymi o wyższym standardzie i dla firm (czytaj przedsiębiorstw państwowych) preferowanych przez ministerialną biurokrację. Rezerwy celowe wynoszą około 17 mld zł i uwolnienie ich choćby połowy miałoby w efekcie mnożnikowym analogiczne konsekwencje jak emisja monetarna przy rezerwie rewaluacyjnej.