Spotkanie z okazji wydania nowego podręcznika rynku kapitałowego Jacka Sochy, szefa KPWiG, nie zgromadziło tłumów, mówiąc delikatnie. Ku mojemu zdumieniu, potencjalną okazję do dyskusji przegapili też zarówno dziennikarze, jak i analitycy. A szkoda, bo było naprawdę ciekawe. Mnie spodobało się to, że szef Komisji otwarcie wyraził zaniepokojenie coraz mizerniejszym udziałem małych inwestorów indywidualnych w rynku. Dawno już nie słyszałem tak otwartej wypowiedzi na temat pilotowany przez PARKIET od wielu lat. Tym bardziej że mówi o tym szef Komisji, której oficjalne raporty zwykle irytowały mnie spojrzeniem na świat przez cokolwiek różowe okulary.

Dramatyczny spadek zainteresowania giełdą obserwujemy od kilku lat. Fatalne wyniki spółek, traktowanie mniejszych akcjonariuszy jak frajerów do oskubania, afery i skandale, tolerowanie przez nadzór i wymiar sprawiedliwości bezczelnych operacji typu "4Media" oraz kusząca alternatywa w postaci sprzedawanych bez umiaru i bez głowy obligacji skarbowych - wszystko to sprawiło, że parkiet opustoszał. Spotkanie, od którego zacząłem, skłoniło mnie do nocnego ślęczenia nad statystykami GUS, dotyczącymi domów maklerskich i ich klientów. I, nie podważając rzetelności samego raportu za ub.r., myślę sobie, że wciąż poruszamy się w krainie niebezpiecznej ułudy. Bo na zdrowy rozsądek podawana wciąż przez banki i domy maklerskie liczba rachunków (pod koniec ub.r. miało to być ponoć 1 mln 251 tys.!) wygląda na kpinę. Po raz kolejny więc postuluję brutalną weryfikację i eliminację ze statystyk rachunków faktycznie martwych lub o nieistotnym stanie aktywów. Takie cuda jak ten mityczny

milion rachunków zaburzają bowiem ocenę postaw inwestycyjnych Polaków. Przypomnę zresztą nieoficjalne, szacunkowe dane, które opisywałem kiedyś w PARKIECIE - liczba faktycznie istniejących rachunków, wedle ocen ludzi jednego z największych biur, nie przekracza kilkuset tysięcy, ale aktywnych inwestorów może być raptem kilkadziesiąt tysięcy. To było jakiś rok-dwa temu. Dziś taka zweryfikowana statystyka musiałaby wypaść jeszcze gorzej. Tyle że na jej ujawnianiu nie zależy nikomu: ani domom maklerskim, ani instytucjom odpowiedzialnym za organizację rynku. Bo przecież w raportach słupki, zamiast rosnąć, zaczęłyby padać na łeb, na szyję...

Ministerstwo Finansów zamierza uderzyć w giełdę podatkiem od dochodów kapitałowych. Trudno uznać to za sposób na zwiększanie skłonności do oszczędzania. Małych i średnich inwestorów indywidualnych może więc nadal ubywać. A to oznacza, że będziemy skazani na wyceny dyktowane przez zlecenia dużych instytucji finansowych. Mówiąc wprost: bez płynności zapewnianej przez wielu inwestorów, rynek może być w coraz większym stopniu sterowany choćby przez głównego rozgrywającego: fundusze emerytalne. A to oznaczałoby ostateczne pogrzebanie idei efektywnego rynku.

Powyższy tekst jest WYŁĄCZNIE wyrazem osobistej wiedzy i poglądów autora. Nie może więc być inaczej interpretowany.