Aby nie zmieniać obecnej sytuacji w systemie pieniężnym, Ministerstwo Finansów, chcąc wykorzystać rezerwy rewaluacyjne, musiałoby np. kupić waluty w NBP, znajdując na nie środki z emisji dodatkowych papierów skarbowych. Złote zebrane w wyniku emisji służyłyby zakupowi walut w NBP, co spowodowałaby rozwiązanie rezerwy rewaluacyjnej i zwiększenie tym samym zysku NBP - taki scenariusz jest do przyjęcia. W takiej sytuacji niepotrzebna byłaby żadna sterylizacja rynku, z jednej strony trafiłyby na niego środki z uwolnionej rezerwy rewaluacyjnej, z drugiej wcześniejsza sprzedaż obligacji spowodowałaby już ściągnięcie środków. NBP nie musiałby dodatkowo interweniować. Mało tego, biorąc pod uwagę różnicę w wysokości stopy interwencji, która decyduje o rentowności bonów pieniężnych oraz aktualnej rentowności papierów skarbowych, taka operacja byłaby tańsza (kwota, jaką NBP musiałby wydać na ściągnięcie z rynku wydrukowanych na pokrycie rezerwy rewaluacyjnej środków jest większa niż ta, którą musiałoby wydać Ministerstwo Finansów na obsługę dodatkowo wyemitowanych papierów skarbowych). Oczywiście, rodzi się podstawowy problem. Te dodatkowo wyemitowane obligacje oznaczałyby wzrost zadłużenia państwa i wyraźne przekroczenie planowanych w tej chwili poziomów tego zadłużenia. Warto jeszcze podkreślić, że takie zmniejszenie rezerw walutowych nie musiałoby oznaczać wyraźnego wzrostu wartości złotego. Waluty z rezerw nie trafiłyby bowiem na rynek. Oczywiście jakiś efekt aprecjacyjny wystąpiłby, część dodatkowych obligacji mogłaby bowiem zostać kupiona przez inwestorów zagranicznych, którzy najpierw musieliby kupić polską walutę.
Jak pozyskać środki z NBP?
Zupełnie innym problemem jest zmniejszenia samych rezerw walutowych. Wydaje się, że jeżeli mają być prowadzone jakiekolwiek rozmowy z NBP w sprawie pozyskania środków, np. na płatności do budżetu Unii Europejskiej czy też wykorzystania środków pomocowych, to powinny one dotyczyć ewentualnej redukcji rezerw walutowych. Oczywiście, ewentualna redukcja też niesie ze sobą określone konsekwencje, a ponadto wymagałaby też zmiany obowiązujących przepisów. W tym jednak przypadku istnieje przynajmniej pole do dyskusji. W przypadku proponowanego przez Ministerstwo Finansów wykorzystania rezerwy rewaluacyjnej takiego pola właściwie nie ma.
Pomysł redukcji rezerw walutowych poprzez przekazanie jakiejś ich części np. na płatności do budżetu unijnego jest również z całą pewnością kontrowersyjny. Warto przypomnieć umowę, którą Ministerstwo Finansów i NBP zawarły rok temu. Chodzi o kwestię spłaty polskiego zadłużenia wobec Brazylii. Resort finansów pożyczył wtedy ponad 2 mld USD z rezerw walutowych. Pożyczył, ale nie dostał.
Może właśnie tego typu transakcja byłaby najlepszym rozwiązaniem w obecnej sytuacji (zwolennikiem tej koncepcji jest np. prof. Witold Koziński, który w latach dziewięćdziesiątych był wiceprezesem NBP). Ministerstwo Finansów mogłoby przecież pożyczyć w banku centralnym np. 4 mld USD z rezerw walutowych na, powiedzmy, 20 czy też 50 lat (w przypadku długu brazylijskiego okres spłaty wynosi 2 lata). Nie stanowiłoby to poważnego obciążenia dla budżetu ze względu na długi okres umowy. Oprocentowanie można by było ustalić na jakimś preferencyjnym poziomie.
W tym miejscu rodzi się pytanie, czy jakiekolwiek zmniejszenie rezerw walutowych nie będzie niebezpieczne dla zapewnienia płynność systemu i jego bezpieczeństwa. Biorąc pod uwagę wielkość zadłużenia polskich podmiotów w walutach obcych (szczególnie zadłużenia krótkoterminowego) oraz intensywność penetracji polskich rynków finansowych przez kapitał zagraniczny, poziom rezerw walutowych można uznać za wysoki. Z całą pewnością istotne z punktu widzenia naszego bezpieczeństwa będzie to, czy wejdziemy w 2004 roku do UE, czy też nie. Jeśli tak, to należy się raczej spodziewać napływu walut obcych. Dalsze długoterminowe inwestycje portfelowe, bardzo prawdopodobny wzrost inwestycji bezpośrednich oraz środki pomocowe z UE zrobią swoje.