Minęły już niemal trzy miesiące od przejęcia przez Dom Maklerski BZ WBK warszawskiego biura CSFB Securities. Udział w obrocie giełdowymi akcjami, jaki osiągnęła kierowana przez Pana instytucja, wzrósł, ale nie tak, jak można było się tego spodziewać. Dlaczego?
Trzeba podkreślić, że upłynęło jeszcze zbyt mało czasu, aby móc oceniać i analizować to przejęcie. Obserwując dane z kwietnia, nasz udział wzrósł o kilka punktów procentowych - do 7,7%. Nie jest to prosta suma udziałów dwóch dotychczasowych biur maklerskich, natomiast przewidywaliśmy to jeszcze na etapie przygotowywania projektu. Podobnie zresztą było w momencie fuzji Domu Maklerskiego WBK z biurem Banku Zachodniego - nasza wspólna pozycja znacząco podniosła się dopiero kilka miesięcy po połączeniu. Jesteśmy na etapie budowania długoterminowych relacji z CSFB i jego światowymi klientami. Trwa współpraca w zakresie analiz - my korzystamy z jego raportów, udostępniając jednocześnie nasze, a na tym korzystają klienci. Prowadzimy obecnie spotkania z inwestorami zagranicznymi, przekazując im jak najwięcej informacji zarówno o rynku polskim, jak i samej umowie, zawartej pomiędzy CSFB a nami. Jestem przekonany, że działania te przyniosą efekty za jakiś czas. Do końca roku chcemy przekroczyć 10% udziału w rynku.
Czy faktu, że wasze obroty nie wzrosły automatycznie o wielkość dotychczasowych obrotów CSFB w Polsce, nie należy interpretować jako zmniejszenia strumienia inwestycji zagranicznych napływających do Polski?
Można by wysunąć taki wniosek. Pamiętajmy, że ostatnie miesiące to napięta sytuacja geopolityczna, a to nie sprzyja inwestycjom, nie tylko zagranicznym.
Partnerstwo z londyńskim brokerem to nie tylko pośrednictwo w inwestycjach płynących do Polski...