Większość sesji w ostatnich tygodniach to teatr jednego aktora. Raz jest to Telekomunikacja, raz jeden z banków ciągnący cały sektor, a wczoraj rynkowe nastroje ustawiał KGHM. Nie dość, że sesje zależą od pojedynczych spółek, to niemal każdego dnia indeksy z kontraktami zmieniały kierunek. Przynajmniej trzech sesji kończących się korzystnie dla byków/niedźwiedzi trzeba szukać na kontraktach aż na początku kwietnia. Do tego dochodzi utrata korelacji z rynkami zachodnimi i trwający jeszcze do czwartku sezon wyników spółek. W takich warunkach określenie zachowania rynku na najbliższe sesje byłoby po prostu zgadywaniem, choć wbrew pozorom, sama taka informacja jest często istotniejsza od wskazania konkretnej pozycji.
Jedno co wzbudza zainteresowanie, to spore pojedyncze umówione transakcją na największych spółkach. Teoretycznie przy tym marazmie i obrotach takie wymiany służyć mogą uniknięciu zbyt dużego wpływu na kursy, ale z racji zbliżającego się referendum każe to przypuszczać, że któryś z większych funduszy od paru sesji wyraźnie skupuje akcje, chcąc wykorzystać wcześniej wspominane trzytygodniowe (od 19 maja) okienko do wzrostów przed referedum.
Cały czas jednak nie mogę pozbyć się obaw, czy zdążymy ze spekulacyjnymi wzrostami przed głębszymi spadkami na rynkach zagranicznych. Wczoraj TrimTabs podał, że sprzedaż akcji przez zarządy spółek osiągnęła w zeszłym tygodniu wartość 1,7 mld USD (bez sporej podaży Teda Turnera z AOL), przy kupnie jedynie 10,8 miliona USD. Odwrotne proporcje obserwowaliśmy przed ostatnim dołkiem. Oczywiście nie załamie to rynku z dnia na dzień, ale taka dysproporcja zapala ostrzegawcze światło i wyraźnie kontrastuje z ogromnym optymizmem analityków. Chyba nie ma wątpliwości, kto lepiej zna wartość spółek i ich perspektywy.