Co najmniej od kilku kwartałów mieliśmy do czynienia z ujemną korelacją cen amerykańskich obligacji trzydziestoletnich i indeksu S&P 500. Natomiast od marca zarówno obligacje, jak i akcje są w trendzie wzrostowym. Obecnie obligacje testują szczyty sprzed dwóch miesięcy i września zeszłego roku. S&P 500 również powoli zbliża się do magicznego poziomu około 950 punktów. Wielu inwestorów nie wierzy w możliwość jednoczesnego kontynuowania obu tych tendencji. Pytaniem jest: który z tych trendów będzie silniejszy? Kilka tygodni temu powiedziałbym, że akcje są zdecydowanym liderem. Wyniki spółek są całkiem dobre i rosną oczekiwania dotyczące ożywienia gospodarczego. Jednak dlaczego rośnie rynek obligacji? Czyżby inwestorzy mieli nadmiar gotówki?
Argumentem, który zachęcał w marcu i kwietniu tego roku do kupna akcji, była poprawa szerokości rynku na giełdach amerykańskich. Wiele spółek technologicznych, które wyróżniały się prowadzeniem rentownego biznesu, zaczęło umacniać swoją siłę relatywną. Praktycznie nie występowało zjawisko "short covering", które polega na szybkim zamykaniu krótkich pozycji na papierach. Popyt zdawał się być odmienny od tego, który występował w sierpniu 2002 lub wrześniu 2001 roku. Było to konsekwentne kupowanie najlepszych fundamentalnie spółek. Nie towarzyszyły temu jakieś spektakularne wzrosty. Można było odnieść wrażenie, że za popytem stoją znacznie spokojniejsi i rozumni inwestorzy. Nie byli to krótkoterminowi gracze, którzy chcieli wykorzystać paniczną wyprzedaż na rynku do zajęcia długich pozycji. Świadczy o tym również fakt, że mimo zbliżającego się terminu ataku na Irak, inwestorzy zachowywali zimną krew.
Obecnie zagrożeniem jest nadmiar optymizmu, który mierzony jest wskaźnikiem investors intelligence. Jednak patrząc na rynek obligacji, nie sposób powiedzieć, że rynek oczekuje znaczącego ożywienia gospodarczego w najbliższych kwartałach. Wydaje się, że jedynym rozwiązaniem jest uszanowanie trendu wzrostowego na Nasdaq i cierpliwe wyczekiwanie na sygnały świadczące o słabości.