Za nami kolejna sesja, którą komentatorzy sportowi określiliby grą na czas. Nie wniosła ona nic nowego do obrazu rynku. Żadna ze stron nie potrafiła uzyskać przewagi i to pomimo dość znacznych, jak na ostatnie czasy, obrotów. Widać, że zdania wśród inwestorów są mocno podzielone. Jedni uznają, że kończący się okres publikacji wyników za I kwartał odsunie zagrożenie pojawieniem się niemiłych niespodzianek i rynek będzie mógł nadrobić zaległości względem wiosennej zwyżki na światowych giełdach. Drudzy w publikowanych raportach znajdują potwierdzenie słabości segmentu największych spółek i nie widzą czynników zapowiadających poprawę w przyszłości.

W efekcie na rynku przeciąga się stagnacja. W ostatnich dniach przybrała ona kształt konsolidacji pomiędzy 1125 i 1146 pkt. Rozpiętość wahań jest zatem znikoma. Nie pozostaje nic innego jak czekać. Rozwiązaniem obecnego pata na parkiecie były 2-3 bardziej zdecydowane ruchy w jednym kierunku, pokazujące, że któraś ze stron zyskuje przewagę. Ostatni raz miało to miejsce na początku kwietnia, kiedy nastąpiły po sobie 4 kolejne wzrostowe sesje, a wcześniej w połowie stycznia. To trochę mało emocji jak na 4 miesiące notowań.

Skuteczne bronienie luki hossy z 5 maja z dolnym ograniczeniem przy 1125 pkt wskazuje na to, że jest to teraz najważniejsze w krótkim terminie wsparcie. Jego przełamanie mogłoby być wstępem do trwalszego spadku. Prostą konsekwencją byłby test strefy 1092-1110 pkt, która zatrzymała przecenę w kwietniu. Wzrost hamuje majowy szczyt przy 1146 pkt. Trudno jednak określić, jakie będą konsekwencje jego ewentualnego pokonania. Powinno to wystarczyć do wybicia ponad 1163 pkt, ale przypominając sobie poprzednie nieudane próby ataku przez kupujących (szczególnie tą z 7 kwietnia) trzeba się liczyć z kolejnym fałszywym alarmem, który niczego nie zmieni poza tym, że przeniesie trend boczny na wyższy poziom.

Niestety, nie można obecnie wskazać sygnałów zapowiadających zakończenie coraz bardziej męczącej stabilizacji. Warto jednak pamiętać, że następuje ono zazwyczaj w momencie, kiedy wszyscy najmniej się tego spodziewają.