Piątkowa sesja, nawiązując niejako do smutnej już tradycji, nie należała do emocjonujących. Mówiąc dobitniej, była po prostu nudna. Najlepiej jej atmosferę odda fakt, że różnica pomiędzy najniższym a najwyższym kursem, jaki zanotowały czerwcowe kontrakty na Wig20, wyniosła zaledwie 10 pkt. Obroty natomiast z trudem przekroczyły 6,700. Dla porównania, w środę sięgnęły one 28 399, a w czwartek 21 426. Czerwcowa seria kontraktów przez większość czasu oscylowała wokół poziomu 1175 pkt, żeby ostatecznie zamknąć się kilka punktów niżej (1171 pkt). Takie zachowanie rynku może dziwić w kontekście środowego silnego wzrostu oraz utrzymujących się wzrostów w Eurolandzie. Niesie bowiem ze sobą sugestię, że atak sprzed trzech dni, to tylko jednodniowy wyskok. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy takie przypadki miały już miejsce (10 i 21 marca br.). Wówczas też jednodniowe silne wzrosty nie miały kontynuacji. Mijało średnio 1,5 tygodnia, zanim ponownie zawitał na rynek większy popyt. Tym razem może być podobnie. Z tą jednak różnicą, że teraz rynek dotarł do silnej strefy podażowej. To w naturalny sposób utrudniać będzie zwyżkę, prowokując inwestorów do realizacji zysków. Strefę tę tworzą kwietniowe maksima (1183 pkt), 61,8% zniesienia styczniowych spadków (1188 pkt) oraz luka bessy z 17 stycznia br. (1200-1216 pkt). Kluczowa tu jest właśnie ta ostatnia bariera. Jej pokonanie otwierałoby bowiem drogę do większych wzrostów. Wątpię jednak, żeby bykom udało się ta sztuka. Dotychczasowe zachowanie rynku przynajmniej na to nie wskazuje. A jeżeli uświadomimy sobie jeszcze, że trwający od ponad dwóch miesięcy trend wzrostowy na globalnym rynku, może już niedługo się odwrócić (pierwsze sygnały pojawiły się na DAX-ie), to z 80-proc. pewnością mogę przyjąć, że w ciągu najbliższych 6 miesięcy nie zobaczymy kontraktów powyżej 1216 pkt. I nie zmieni tego nawet zbliżające się referendum unijne.