Na amerykańskim rynku inwestorzy powinni uważnie słuchać dwóch osób. Pierwszą jest Alan Greenspan, od którego słów, a często i sposobu ich wypowiadania, zależy los amerykańskiej gospodarki. Drugą jest Warren Buffet, który mówi o giełdzie znacznie mniej, ale za to znacznie więcej robi i to od wielu lat wyjątkowo skutecznie. W ostatnich dniach coraz więcej inwestorów, korzystających z ostatniej amerykańskiej minihossy, zaczęło szydzić z oczekiwań Buffeta, co do tegorocznych stóp zwrotu z akcji. Na początku maja powiedział on bowiem, że można liczyć w 2003 roku zaledwie na 6%, góra 7% zyski z akcji - "liczący na dwucyfrowe zyski, są marzycielami".

Inwestorzy na światowych rynkach wyraźnie zapomnieli o tej przestrodze. Tak samo jak przez kilka lat nie chcieli zrozumieć, wypowiedzianego w grudniu 1996 roku, ostrzeżenia Greenspana, który już wtedy bał się mocno przewartościowanych akcji (słynne ówczesne "irrational exuberance") czy właśnie Buffeta nie rozumiejącego całej internetowej hossy. Efekty wiemy jakie były. Biorąc pod uwagę, że indeks szerokiego rynku zbliża się już do dwucyfrowej stopy zwrotu, a Nasdaq w tym roku urósł 17%, retorycznym pozostaje pytanie o powrót spadków. Można się spierać jedynie o termin i poziom ich rozpoczęcia.

Tutaj odpowiedź nie jest już taka prosta. A właśnie ona najbardziej interesuje inwestorów na polskich kontraktach. Widać bowiem wyraźnie, że do rozruszania naszego rynku potrzebne jest albo załamanie amerykańskich indeksów, albo totalna kapitulacja niedźwiedzi po wyjściu nad 965 pkt na S&P, co mogłoby dać nawet kilka sesji kolejnych euforycznych wzrostów. W mojej ocenie byłaby to pułapka analogiczna do lat 90. na Nikkei, ale o to zarządzający pomartwią się już po wypłatach premii.