Na świecie rośnie czujność akcjonariuszy wobec zarobków menedżerów. Złote lata 90. należą do przeszłości. Inwestorzy chcą mieć wgląd w pakiety menedżerskie i coraz śmielej wyrażają własne opinie. Czujność naszego Skarbu Państwa jest specyficznym przejawem tej globalnej tendencji. Specyficznym o tyle, że chodzi o państwową kontrolę, sprawowaną w imieniu nas wszystkich, czyli anonimowych współwłaścicieli majątku publicznego. Co oznacza większe społeczne zapotrzebowanie na "strzyżenie", równanie w dół i inne egalitarne zabiegi.

Parlament - ulegając owym emocjom - wyprodukował parę lat temu tzw. "ustawę kominową". Klasyczne złe lekarstwo na autentyczną chorobę, czyli skłonność do folgowania sobie z płacami w sektorze państwowym, irytującą zwłaszcza w deficytowych firmach. Jak każda regulacja, owa ustawa nie nadąża za życiem. Wynaleziono wiele sposobów jej obchodzenia. Jeden z ciekawszych ujawnił się przy okazji wejrzenia w papiery Swiss Air, gdy ta bankrutująca firma okazała się sponsorem zarządu LOT-u. Nic dziwnego, że regulator próbuje dalej doskonalić przepisy i łatwo przewidzieć, że ożywi to jeszcze bardziej polską wynalazczość.

Polski przypadek daremnych regulacji nie ma wiele wspólnego z autentyczną tendencją do poskromienia wybujałych pakietów menedżerskich na arenie międzynarodowej. Tolerancyjni niegdyś akcjonariusze zaglądają zarządom korporacji do kieszeni. Niedawno "The Economist" opisał prototypową rezolucję brytyjskich akcjonariuszy GlaxoSmitKline, światowego giganta farmaceutycznego, sprzeciwiającą się pakietowi oferowanemu prezesowi firmy, Jean-Pierre Garnier. Przewidziano m.in. odprawę rzędu 35 mln dolarów na wypadek utraty stanowiska i sztucznie zawyżono wiek prezesa oraz jego małżonki, co umożliwi pozyskanie większej emerytury. W roku 2003 brytyjscy akcjonariusze uzyskali prawo do wglądu w "tajemnice" menedżerskich pakietów oraz wyrażenia swej opinii i natychmiast z tego skorzystali, chociaż nie ma ona mocy wiążącej dla zarządu. W USA mamy do czynienia z wzbierającą falą podobnych rezolucji w latach 2001-2003. Zwiastuje to kres epoki tolerancji i przyzwolenia. Organy korporacji, niechętnie, muszą uwzględnić obecne nastroje.

Jest to zdrowa reakcja na serię afer korporacyjnych po obu stronach Atlantyku, od Enronu po Marconi. Nie jest to nasz instynkt "psa ogrodnika". Ostrze wymierzone jest w te składniki wynagrodzeń, które - jak wspomniane "golden parachutes" - nie mają związku z wynikami firmy. Parametryzacja zarobków nie jest łatwym zadaniem, bowiem to z kolei mobilizuje do "kreatywnej księgowości", musi się zatem łączyć z generalną poprawą kultury korporacyjnej i standardów kontroli. Niemniej zwiększona czujność prywatnych akcjonariuszy wydaje się właściwym lekarstwem na korporacyjne choroby, ujawnione po obu stronach Atlantyku. Zaś dalsze majsterkowanie przy przepisach płacowych w sektorze publicznym jest jałowym zajęciem. Lekarstwem jest prywatyzacja, a nie regulacja!