Władza monetarna z jednej strony, i fiskalna, czy też szerzej państwowa z drugiej, różnią się często w swoich poglądach. Niedawno prezydent Bush przyznał, że odpowiadałby mu silniejszy dolar. Powiedział tak, mimo że słabszy dolar oznacza poprawę konkurencyjności amerykańskiego eksportu, jednocześnie zmniejszając konkurencyjność importowanych do USA dóbr. Oczywiście, sprawa nie jest taka prosta, bo jeśli Daleki Wschód i Europa nie będą eksportować, to pogorszy się ich sytuacja gospodarcza. Jeśli tak, to społeczeństwo będzie mniej kupować, także dóbr importowanych. Bush dodaje jednak, że to nie on, ale przede wszystkim Alan Greenspan, szef amerykańskiego banku centralnego, decyduje o kursie dolara. Mało tego. Prezydent USA i prawie cała jego administracja są gorącymi orędownikami wyraźnej obniżki podatków. Alan Greenspan jest przeciwny. Prezes Fed tłumaczy, że obniżenie podatków to wzrost deficytu budżetowego, to zaś oznacza większą emisję obligacji skarbowych. Większa emisja to wyższe stopy rynkowe, czyli wyższe koszty finansowania firm (np. droższe kredyty). Całość operacji nie będzie więc opłacalna. W sumie mamy kompromis, obniżka będzie, chociaż nie taka, jakiej chciał Bush.
Czy wobec ewidentnej niezgodności poglądów mieliśmy do czynienia z jakimiś niewybrednymi atakami? Nic z tych rzeczy. Podobnie jest w Eurolandzie. Przedstawiciele EBC oznajmiają, że kurs euro nie jest za wysoki. Po prostu obserwujemy powrót do normalności po okresie niedowartościowania wspólnej waluty. Ministrowie finansów krajów strefy twierdzą z kolei, że euro jest za mocne i że odbije się to na eksporcie, a więc na wzroście gospodarczym. Od czasu do czasu pojawiają się też narzekania na politykę EBC w kwestii stóp procentowych (najmocniejszą krytykę przeprowadził rok temu kanclerz Schroeder, trudno jednak uznać ja za napastliwą). Wszystko jednak w atmosferze wzajemnego szacunku.
Po co o tym wspominam? Otóż wypowiedź prezydenta Busha przypomniała mi to wszystko, co działo się w ostatnich miesiącach, a dotyczyło NBP. Może nam się nie podobać taka czy inna polityka. Możemy nie lubić takich czy innych członków Rady Polityki Pieniężnej, prezesów NBP itd. Nie powinno się jednak pozwolić, aby obniżeniu ulegał autorytet instytucji państwowych. W ostatnich kilkunastu latach afery, pyskówki polityczne, niejasne powiązania i korupcja skutecznie zniechęcały obywateli do urzędów państwa. Ale można było wskazać kilka podmiotów, które wzbudzały szacunek. Choćby Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy czy właśnie Narodowy Bank Polski. Pytanie tylko, jak długo tak będzie, jeśli ataki tego typu i dokonywane w taki sposób będą kontynuowane? Wciąż mamy pretensje, gdy mówi się o nas jako o kraju zaściankowym. Denerwujemy się, gdy ktoś w Unii traktuje Polskę, jakby nie była równoprawnym partnerem. Razi nas postrzeganie naszej ojczyzny jako miejsca, w którym panuje niska kultura polityczna. Warto robić wszystko, żeby ten obraz zmienić, a nie pogłębiać negatywne stereotypy.