Pierwsze podejście indeksu S&P 500 do 1000 punktów zakończyło się niepowodzeniem. W trakcie ostatniej sesji zeszłego tygodnia wskaźnik osiągnął przejściowo nawet 1007 pkt, żeby na zamknięcie notowań mieć 20 pkt mniej. Nieudana próba nie oznacza zakończenia trendu wzrostowego. Z analizy wykresu nie płyną sygnały sugerujące, że kontrolę nad rynkiem przejmuje podaż. Najistotniejsza w tej chwili linia trendu wzrostowego, pociągnięta po dołkach z marca i maja, zbliża się do poziomu 960 pkt. Wsparcie to pokrywa się z górnym ograniczeniem konsolidacji, którą indeks zakończył wybiciem w górę na przełomie maja i czerwca. Żeby struktura trendu wzrostowego nie została naruszona, S&P 500 nie powinien spaść poniżej tej wartości. Wykres tygodniowy indeksu dopuszcza nieco głębszy spadek (nawet do 925 pkt) bez istotnej zmiany trendu.

Po dwóch spadkowych sesjach (od piątkowego maksimum do poniedziałkowego zamknięcia zniżka wyniosła 80 pkt), we wtorek wzrosły notowania na Nasdaq. Próba powrotu ponad zeszłotygodniowy szczyt (1646 pkt) będzie miała decydujące znacznie dla kierunku trendu krótkoterminowego. Biorąc pod uwagę duże oddalenie wykresu indeksu od linii trendu wzrostowego uważam, że powrót do zwyżki bez krótkiego choćby "odpoczynku" ma małe szanse powodzenia. Spadek poniżej lokalnego dołka na 1604 pkt, i co za tym idzie zniżkę do linii trendu przebiegającej na 1565 pkt jest wielce prawdopodobny.

Wokół 9 tys. pkt wciąż krąży średnia przemysłowa Dow Jones. Indeks największych amerykańskich spółek zyskał od początku tego trendu wzrostowego 20,4% i jest to wynik słabszy zarówno od S&P 500, jak i Nasdaq Composite. To też jedyny z tej trójki indeks, na wykresie którego trend średnioterminowy ma kierunek boczny. Wspomniany wynik (20,4%) trudno będzie w najbliższym czasie poprawić, w trakcie bowiem ostatniej sesji zeszłego tygodnia indeks stracił 150 pkt. Podobne "ściągnięcie" notowań zakończyło falę wzrostową niemal tych samych rozmiarów na początku grudnia zeszłego roku.