W giełdowej encyklopedii wczorajszą sesję można śmiało umieścić jako wzorcowy przykład podciągania rynku. Od początku sesji małymi kroczkami indeks przechodził na coraz wyższe poziomy, ale odbywało się to dzięki niewielkim transakcjom, po kolei na każdej z największych i najcięższych w indeksie spółek. Efekt tego taki, że całą sesję mieliśmy systematyczny wzrost WIG20, ale wyraźnie było widać, że wczoraj nikomu nie chodziło o to, żeby zwiększać udział akcji w portfelu, ale jedynie o to, by podnieść wartość indeksu.

Skoro tak wygląda handel akcjami, to trudno się dziwić, że kontrakty pomimo jedynie pozostających już tylko 5-ciu sesji do wygaśnięcia najbardziej płynnej serii, utrzymują bazę przekraczającą -15 pkt. Ta nieefektywność powinna się zdecydowanie zmniejszyć po rozstrzygnięciu sprawy wotum zaufania, które albo zabierze (chwilowo) niedźwiedziom ich główny powód pesymizmu, albo zabierze kilka procent z wartości indeksu, gdyż zapewne taka byłaby reakcja na wątpliwą w tej chwili dymisję rządu.

Jeśli chodzi o prognozę na najbliższe sesje, to dla mnie żaden wynik głosowania nie będzie zachętą do kupna, co nie znaczy, że podobne poglądy muszą mieć fundusze. Nie wykluczam więc, że "wygrane" głosowanie zdejmie z rynku niepewność i doprowadzi na kontraktach nawet do zakrycia kolejnej styczniowej luki bessy. Jednak kluczowym oporem są w tej chwili grudniowe szczyty, a jeśli impulsem do kupna ma się stać polityka, to warto przypomnieć przestrogę jednego z francuskich historyków, że "najniebezpieczniejszy dla złego rządu jest zazwyczaj ten moment, kiedy zaczyna się on reformować". Do tego dojdzie poniedziałkowe, zapewne bardzo burzliwe, przesłuchanie premiera. Pokonanie grudniowych szczytów w takich warunkach jest co najmniej wątpliwe.