Drugie podejście do poziomu 1000 punktów na wykresie S&P 500 zakończyło się niepowodzeniem. Jednak samo odbicie od oporu, nawet jeśli jest nim tak okrągła wartość, nie jest sygnałem do zmiany trendu, nawet w krótkim terminie. Przewaga w dalszym ciągu jest po stronie kupujących, a na wykresie nie widać formacji, które sytuację tę mogłyby zmienić. Głównym wsparciem pozostaje wzrostowa linia trendu, pociągnięta po dołkach z marca i maja, która znajduje się na poziomie ok. 965 pkt. Bariera ta pokrywa się z górnym ograniczeniem konsolidacji, z której "pięćsetka" wybiła się na przełomie maja i czerwca. Dopóki wykres pozostaje ponad tą wartością, nie ma zagrożenia dla średnioterminowego trendu wzrostowego. Z wysokości formacji wynika, że zwyżka nie powinna zakończyć się wcześniej niż na 1040 pkt.
Po piątkowym spadku na Nasdaq zapachniało podwójnym szczytem i przynajmniej krótkoterminową zmianą trendu. Początek poniedziałkowych notowań wydaje się te zagrożenia rozwiewać, choć nie do końca. Ostatnie dwa miesiące notowań na wykresie Nasdaq Composite "ubrać" można w kanał wzrostowy - piątkowe kłopoty to właśnie efekt odbicia od górnego ramienia tej figury. Dolna linia kanału zbliża się do poziomu 1600 pkt i zbliża się do lokalnego dołka z zeszłego tygodnia, która stanowi linię szyi (1600 pkt) potencjalnego podwójnego szczytu. Podobnie jednak jak w przypadku S&P 500 nie ma sygnałów zakończenia trendu wzrostowego w średnim terminie.
Po wybiciu ponad 9000 pkt, w średnioterminowym trendzie wzrostowym znajduje się także średnia przemysłowa Dow Jones. Podobnie jak na giełdzie w Warszawie, także za Atlantykiem duże spółki odzyskały nieco wigoru. To już nie musi być, tak jak do tej pory, najsłabsza część rynku. Kwestią otwartą pozostaje tylko, czy największe firmy będą liderami wzrostów, czy też pozostanie im tylko rola "spowalniacza" spadków. Biorąc pod uwagę, że zamknięcie z 12 czerwca na 9196 pkt było najwyższe od 11 miesięcy, pierwsza z wymienionych możliwości wydaje się dużo bardziej prawdopodobna.