Globalna rywalizacja gospodarcza bezustannie przetasowuje stawkę liderów i maruderów. Widać to szczególnie teraz, gdy gasną niegdysiejsze gwiazdy światowych rankingów. Pod koniec XX wieku rozdział nagród byłby następujący. W kategorii powojennego "cudu gospodarczego" niekwestionowany prymat należał do Niemiec i Japonii. W kategorii spektakularnego sukcesu, perfekcyjnie wykorzystującego członkostwo w Unii Europejskiej jako dźwignię awansu, pierwsza nagroda przypada Irlandii. W kategorii "tygrys" postkomunistycznej transformacji zaś, całkiem niedawno wymieniano i wskazywano jako wzór Polskę. Dziś niedawni laureaci przeżywają problemy, a każdy z tych przypadków może być kopalnią ekonomicznej wiedzy i lekcją dla innych krajów głodnych sukcesu.

Przewlekły kryzys gospodarczy Japonii ostrzega, że widzialna ręka państwa oraz sztuczna symbioza systemu finansowego z wielkimi konglomeratami, na dłuższą metę nie może bezkarnie zawiesić praw ekonomii. Podobna lekcja pochodzi z pobliskiej Korei Południowej, gdzie z jeszcze większą mocą ujawniły się korupcyjne zagrożenia, jakie rodzą się na skrzyżowaniu polityki i gospodarki. Z kolei Niemcy ostrzegają przed ciężarem opieki socjalnej, narastającej pod wezwaniem "społecznej gospodarki rynkowej", która staje się nawykiem i naturalnym roszczeniem, mimo że jej koszt przerasta możliwości gospodarki i podcina perspektywy rozwoju. A czego uczy wyliniały "tygrys" ustrojowych przemian - Polska, którą dziś wyróżnia najniższa stopa wzrostu pośród krajów kandydujących do Unii Europejskiej oraz kontynentalny rekord bezrobocia? Nasz kraj ostrzega przed taką ewolucją systemu gospodarczego, która zaczyna się od wolności, a następnie krępuje przedsiębiorczość przepisami, podatkami i uznaniowymi urzędami, w dodatku konserwując marnotrawny kapitalizm państwowy. Tym samym zabija inwencję i dynamikę widoczną w pierwszej połowie lat 90. Stosunkowo najmniejszy udział własnych błędów obciąża dzisiejsze, wyraźnie spowolnione, obroty gospodarki Irlandii. Po prostu, wraz z przyrostem zamożności, Zielona Wyspa znalazła się w gronie najdroższych krajów strefy euro, co nieuchronnie powoduje obniżenie atrakcyjności dla inwestorów i konkurencyjności. Tutaj nie ma winnych. Jest to raczej cena szybko przebytej drogi od biedy do bogactwa.

Jeśli się zsumuje doświadczenia krajów, które symbolizowały kiedyś sukces, ale wydają się niezdolne do podtrzymania dobrej passy na progu XXI wieku, to się okaże, że wspólnym mianownikiem jest nadmiar etatyzmu i socjalnej troski, a deficyt wolności i przedsiębiorczości. Polska, niestety, nie uczy się na cudzych błędach, dokładając do tego własne. Czeka teraz na unijną mannę z nieba.