Głównym podejrzanym o wywołanie wzrostu w Warszawie był, w opinii analityków, kapitał zagraniczny.
Kapitał czy kapitalik?
Dość istotna jest odpowiedź na pytanie, czy środowy najazd to tylko forpoczta większej gotówki, czy też jednorazowy wyskok trochę większych spekulantów. To pierwsze założenie byłoby prawdziwe tylko pod warunkiem, że polska gospodarka wstępuje na ścieżkę przyspieszonego rozwoju gospodarczego. Wprawdzie, jak poinformował GUS, produkcja przemysłowa dynamicznie rośnie (w maju była wyższa o 11,7% niż rok wcześniej), ale bardzo niska inflacja nie wskazuje na odradzanie się popytu. Trudno oczekiwać, żeby tempo wzrostu PKB w tym roku przekroczyło 3%. Wariant zakładający dalszy napływ kapitału, przynajmniej w oparciu o odradzającą się gospodarkę, wydaje się więc wątpliwy.
Skoro założymy, że mamy do czynienia z kapitałem spekulacyjnym, to jego zachowanie było wczoraj co najmniej dziwne. Żeby zrobić na rynku wrażenie, wypada dobrze zakończyć sesję. Tymczasem im dłużej trwały notowania, tym spółki o największej kapitalizacji zachowywały się gorzej. Pod koniec dnia pozbywano się nie tylko mocno "sypanego" przez cały dzień Pekao (właściciela zmieniło prawie 580 tys. akcji, najwięcej w tym roku), ale także rosnących na początku akcji PKN Orlen i KGHM. Wygląda na to, że jeśli coś do nas napłynęło, to raczej był to kapitalik, a nie kapitał. Być może ktoś bardzo usilnie starał się sprawić wrażenie, że coś się dzieje na rynku, po czym zdecydował się na wyprzedaż walorów. Mógł to być ten sam inwestor, który w równie efektownym stylu wchodził na rynek w połowie maja tego roku.
Dobry moment