Deklaracja złożona przez wicepremiera Jerzego Hausnera w środę jest o tyle zaskakująca, że nowy minister finansów, Andrzej Raczko, we wtorek zapowiadał zmianę założeń. Te bowiem, przygotowane przez byłego szefa resortu finansów Grzegorza Kołodkę, wzbudziły sporo kontrowersji. Przede wszystkim analitycy zwracali uwagę, że wskutek innego niż dotąd potraktowania części dotacji do ZUS oraz dopisania do wpływów budżetowych rezerwy rewaluacyjnej deficyt budżetowy jest zaniżony. I - jak powiedział J. Hausner - właśnie poziom deficytu może być zmieniony, o ile NBP nie zgodzi się na rozwiązanie części rezerwy rewaluacyjnej, co ma dać budżetowi 9 mld zł.
- Jeżeli jej nie dostaniemy, to deficyt wyniesie 42,1 mld zł - powiedział wicepremier. - Będziemy w tej chwili pracować, rozmawiając z RPP i z partnerami społecznymi.
Tymczasem minister finansów dzień wcześniej mówił, że założeniom do budżetu trzeba się będzie jeszcze przyjrzeć.
- Będziemy musieli spojrzeć jeszcze raz na ułożenie budżetu, chociażby z punktu widzenia rozmów podczas posiedzenia Rady Ministrów, dotyczących wprowadzanego systemu podatkowego - mówił we wtorek A. Raczko w wywiadze radiowym. Ostatecznie rząd nie podjął decyzji w sprawie podatku dochodowego od osób fizycznych, którego kształt będzie miał wpływ na wysokość dochodów budżetu.
Pod znakiem zapytania stoją także dochody z prywatyzacji. G. Kołodko zapisał, że wyniosą one 11,9 mld zł. Jednak minister skarbu Piotr Czyżewski uznał te plany za nierealne. Jego zdaniem, prywatyzacja da tylko 7 mld zł w przyszłym roku.