Emocjonująca była jedynie pierwsza godzina. Z dawno nie widzianą dynamiką, kontrakty z nowego szczytu zjechały w ślad za indeksem 15 pkt. niżej. Niezależnie od powodów, po otwarciu z luką hossy, silny rynek nie powinien tak się zachowywać.

Impulsem do przeceny był rynek walutowy, gdzie PLN kontynuuje osłabienie. Nie jest tajemnicą, że to zagraniczni inwestorzy wchodzili w ostatnich miesiącach na giełdowy parkiet. OFE jedynie biernie się całej akumulacji i późniejszym wzrostom przyglądały (mogło się to zmienić co najwyżej dopiero w czerwcu). Skoro PLN znowu zaczął słabnąć, to na rynek szybko wrócił strach z węgierskich doświadczeń. Tam właśnie zamieszanie na walucie (wywołane niepoważnym zachowaniem banku centralnego) mocno wystraszyło zagranicznych inwestorów, a dynamika spadku na węgierskich akcjach była ogromna. Większość analityków sugerowało, że w takim wypadku kapitały przepływały do Warszawy. Od początku się z tym nie zgadzałem i zastanawiam się, czy tylko ja mam wykresy obu indeksów?

Patrząc bowiem na ostatnie lata, każdy z większych ruchów węgierskiego rynku naśladowany był przez GPW. Pewne różnice oczywiście występują (na niekorzyść GPW), co głównie zawdzięczamy rodzimym politykom, ale decyzje zagranicznych funduszy dotyczą zawsze obu rynków. Jest przy tym również nieco mniej dokładna prawidłowość, pokazująca, że ruch na polskim parkiecie występuje zawsze z lekkim opóźnieniem. Tak było przy większości dołków i rozpoczynaniu wyprzedaży. Na czym więc oparte jest twierdzenie, "że tym razem jest inaczej" (skądś już to znam) i zamiast tak jak zawsze umiejętnej dystrybucji, jak zawsze spóźnionym OFE, oglądamy przepływ kapitału do Warszawy? Trend trwa, ale trzeba szykować się zaraz do ewakuacji (np. po chwilowej euforii).