Jak być prawdziwym socjaldemokratą i zarazem ożywić gospodarkę oraz rynek pracy? Takie pytanie stawiali sobie uczestnicy Kongresu SLD, próbując rozwiązać kwadraturę koła. Wiodący głos należał do nowego sternika gospodarki Jerzego Hausnera. Ma on pewien kredyt zaufania i sympatii w szeregach liberalnej opozycji, ponieważ - w przeciwieństwie do Kołodki - potrafi rozmawiać, a ponadto grywa w parlamentarnej drużynie piłkarskiej (chociaż zabrakło go w ostatnim, wygranym meczu na Litwie). Sportowa solidarność nie może jednak przesłonić faktu, że rozchodzą się drogi zachodniej i polskiej socjaldemokracji.
Niegdysiejsi orędownicy "trzeciej drogi" w Anglii i Niemczech porzucili lewicowe złudzenia. Natomiast wicepremier Hausner zebrał owację na Kongresie SLD, ponieważ powiedział to, czego oczekiwała sala. Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek. Było kolejne "zielone światło" dla przedsiębiorczości, rozpisane - zwyczajem tego rządu - w kilkadziesiąt programów. Ale nad sloganami o wolności i przedsiębiorczości górowała zapowiedź większego deficytu budżetowego, zamiast budżetowych oszczędności. Sala odetchnęła, gdyż dla zebranych głównym problemem są sondaże popularności, a nie jakaś tam równowaga budżetowa. Hausner zaproponował myślenie po linii politycznej wygody, co jest odwrotnością zaleceń Banku Światowego. Szykuje się ciekawy wariant wybrnięcia z budżetowej pułapki roku 2004, spowodowanej przez zaniechanie Kołodki, w postaci podłożenia miny następcom Raczki i Hausnera.
Już dziś faktyczny deficyt sektora rządowego i samorządowego sięga 6% PKB. Stając na progu Unii Europejskiej, oddalamy się od strefy euro. Finansowanie takiego deficytu i obsługa rosnącego długu publicznego oznacza intensywny drenaż rynku, skoro nie będzie pociechy z prywatyzacji. Minister skarbu zapowiada w roku 2003 około 4,6 mld zł wpływów z prywatyzacji, wobec 9,1 mld założonych w budżecie. Trzeba rokrocznie około 10-14 mld zł z tego źródła, by ekspansja papierów skarbowych nie dławiła kredytu dla gospodarki.
Gdy nawet kanclerz Schroeder, przymuszony stagnacją w Niemczech, skręca w kierunku cięć budżetowych i obniżek podatków, nasza socjaldemokracja wybiera minimalizację ryzyka, zamiast ekonomicznych konieczności. By odwrócić uwagę od tych konieczności, sięga po wypróbowany patent - wskazanie palcem Balcerowicza. Wicepremier Hausner robi to po swojemu, z większym taktem niż posłowie w Sejmie. Niemniej źródło polskich kłopotów jest ponownie zlokalizowane i nazwane. Wiadomo, kogo winić, jeśli rząd nie poradzi sobie z kwadraturą koła!