Rząd, a raczej rządy (biorąc pod uwagę liczbę "zużytych" ministrów) Leszka Millera zapiszą się z pewnością w annałach polskiej transformacji liczbą proponowanych i wprowadzonych podatków, że o innych licznych zdarzeniach nie wspomnę.
Pierwszym podatkowym hitem rządu Millera był 20-proc. podatek od dochodów odsetkowych z lokat bankowych, wprowadzony przez ministra Marka Belkę w listopadzie 2001 r. Skutki były natychmiastowe i nieodwracalne. Z sektora bankowego wypłynęło do końca 2002 r. ponad 4 mld zł depozytów, które nie zostały zdywersyfikowane inwestycjami w pozostałych segmentach nieopodatkowanego rynku finansowego, co było jednym z argumentów na rzecz tego podatku. Gospodarstwa domowe wycofały w tym czasie 14 mld zł depozytów z terminem do 2 lat, co niekoniecznie było decyzją optymalną makro- i mikroekonomicznie, o czym ostatnio przekonały się poszczególne osoby. Budżet natomiast zebrał z podatku połowę tego, co planował. Niewątpliwy i błyskotliwy sukces...
Kolejnym obciążeniem parapodatkowym miały się stać winiety na nie istniejące autostrady. Pomysł lansował minister Marek Pol, który żyje ideami wielkich inwestycji finansowanych z kieszeni podatnika. Opłata winietowa proponowana na poziomie około 200 zł (nigdy nie dowiedzieliśmy się netto czy brutto) była w górnym przedziale możliwych wariantów, co miało oczywiście zapewnić jak najwięcej środków, w tym na administrowanie całym systemem winiet. Na szczęście Sejm odrzucił tę propozycję w połowie 2002 r. Rekompensatą dla podatników miał się stać 12-proc. podatek abolicyjny ministra Grzegorza Kołodki. Niestety dobre wrażenie zostało zepsute propozycją składania deklaracji majątkowych oraz bardzo daleko posuniętą inwigilacją urzędów skarbowych w życie podatników. Sejm nawet nie musiał odrzucać ani prezydent wetować ustawy abolicyjnej, ponieważ Trybunał Konstytucyjny w grudniu 2002 r. uznał ustawę za bezprawną i nazwał ją "orwellowską".
Skończyła się gorąca podatkowa zima, a zaczęła równie gorąca wiosna. Zwłaszcza dla osób prowadzących działalność gospodarczą, które na przełomie kwietnia i maja 2003 r. dowiedziały się, że w rezultacie 33-proc. wzrostu podstawy składki na ubezpieczenie zdrowotne wprowadzonej ustawą o Narodowym Funduszu Ochrony Zdrowia nastąpił skokowy wzrost kosztów pracy o 10%. Podatek ten należy sprawiedliwie zapisać na konto nieodżałowanego ministra zdrowia Mariusza Łapińskiego i ministra gospodarki Jerzego Hausnera, który akurat w tym czasie tworzył warunki sprzyjające rozwojowi małej przedsiębiorczości. Faktycznie, przedsiębiorczość w Polsce kwitnie, ale w szarej strefie...
Walka z tą ostatnią i ożywienie koniunktury gospodarczej mają być przyczyną ideologicznego przełomu w umyśle premiera Millera, który zszokował zjazdowiczów SLD pomysłem podatku "liniowego" PIT. W propozycji Millera nie jest to podatek liniowy, ponieważ ma mieć kwotę wolną od opodatkowania, która ma wypełniać funkcje socjalne. W praktyce, kwota wolna jest akurat pomysłem skrajnie aspołecznym, a funkcji socjalnych podatki w Polsce nie pełnią, o czym można się przekonać analizując dane OECD o opodatkowaniu gospodarstw domowych. W przypadku Polski krzywa obciążeń podatkowych netto (po uwzględnieniu transferów z budżetu) jest płaska jak stół dla wszystkich typów gospodarstw biednych, bogatych, z dziećmi czy bez. A na przykład w takiej Irlandii ubogie rodziny z dziećmi dostają z budżetu więcej, niż same płacą. Jednak, żeby to zrozumieć trzeba czegoś więcej niż "umysłowego przełomu".Oprócz podatku "liniowego" PIT w 2005 r., premier Miller przychyla się do pomysłów Ministerstwa Finansów ujednolicenia opodatkowania osób fizycznych prowadzących działalność podatkiem CIT. Jest to równość podatników rodem z Rewolucji Francuskiej (i wobec gilotyny). Oznacza faktycznie wzrost obciążeń podatkowych i kosztów dla małych firm, których efektywna stawka podatkowa wynosi w okolicach 10-12%. Na rozwiązaniu tym na pewno zyskają księgowi, w tym z ministerstw, ponieważ koszty prowadzenia księgowości CIT są dwu-, trzykrotnie wyższe niż księgowości PIT. Prawdopodobnie również budżet zyska podatki, przynajmniej w pierwszym roku po ujednoliceniu podatków. W drugim roku budżet może już stracić, bo część firm nie wytrzyma kolejnego wzrostu kosztów. Wtedy jednak premier Miller będzie na emeryturze i jako że podatki to rzecz trwała w polskiej transformacji, zawsze będzie mógł twierdzić o trwałości swoich dokonań.