W trakcie minionego tygodnia krajowy rynek akcji wyglądał jak kopia corocznej fiesty św. Fermina organizowanej pomiędzy 6-tym a 14-tym lipca w hiszpańskiej Pampelunie. Byki wypuszczone wreszcie z zagrody - wyznaczonej przez opór tworzony przez grudniowo-styczniowe szczyty - gnały do przodu jak oszalałe goniąc ceny akcji uciekające w tempie po raz ostatni widzianym w styczniu 2002 roku. Chwilami całe widowisko wyglądało rzeczywiście imponująco i groźnie, ale osobiście sądzę, że losy szarżujących obecnie na parkiecie warszawskiej giełdy byków okażą się ostatecznie dokładnie takie jak losy ich hiszpańskich odpowiedników...
W okresie od maja do początku lipca dwa główne argumenty przemawiały za wzrostem cen akcji powyżej poziomu 1300 pkt. dla WIG20. Po pierwsze silniejsza niż wcześniejsze oczekiwania poprawa koniunktury giełdowej na świecie uczyniła polskie akcje względnie tanimi w stosunku do swych zagranicznych odpowiedników. Po drugie, negatywny w stosunku do akcji sentyment, który pomimo trwającego wzrostu nasilał się do końca czerwca (tegoroczne minima WIGOMETR-u), cały czas sugerował wysokie prawdopodobieństwo kontynuacji zwyżki.
Ostatnie wzrosty uczyniły już właściwie nieaktualnym pierwszy z tych argumentów. Dopiero kontynuacja wzrostów na światowych giełdach mogłyby ponownie stworzyć przesłanki do oczekiwania na dalsze zwyżki na GPW. Jeśli chodzi o dominujący sentyment, to zbyt wcześnie jest może na postawienie tezy o jego odwróceniu, które zapowiadałoby formowanie się sezonowego szczytu koniunktury, ale z pewnością trwający od 4 miesięcy wzrost cen akcji został już wreszcie powszechnie dostrzeżony. Ostatnie wzrosty zarówno na giełdach w USA jak i na GPW doprowadziły do przekształcenia się zimowych szczytów koniunktury we wsparcia. Od miesiąca S&P 500 oscyluje wokół poziomu 1000 pkt. i sądzę, że w perspektywie najbliższego miesiąca należy liczyć się ruchem powrotnym do tego wsparcia. Reakcją naszego rynku na taki ruch byłby zapewne spadek WIG20 o prawie 100 pkt.