Po trzydniowej korekcje inwestorzy znów kupują akcje. WIG20 zyskał w piątek prawie 1,2 proc., otwierając tym samym drogę do ataku na szczyt z maja ub.r. Zapewne świadkami takiego ataku będziemy w przyszłym tygodniu. Właściwie to na jego początku, ponieważ w drugiej połowie trzeba się liczyć z korektą. Bez tego o dalsze wzrosty będzie ciężko.
Wskaźnik RSI (z 13 sesji), naniesiony na wykres tygodniowy WIG20, sięgnął właśnie poziomu najwyższego od czasów internetowej hossy, czyli od marca 2003 roku. Już samo to, powinno hamować wzrosty. Jeżeli do tego dodamy bliskość oporu, jaki tworzy szczyt z maja 2002 roku, to trzeba przyjąć, iż z każdym dniem rośnie prawdopodobieństwo wystąpienia korekty.
Od jej stylu będzie zależało, czy wzrosty będą kontynuowane, a WIG20 sięgnie szczytu z lutego zeszłego roku (1500 pkt.). Czy też dojdzie do odwrócenia trendu i przez najbliższe trzy-cztery miesiące (minimum) to niedźwiedzie będą nadawały ton wydarzeniom na rynku?
Biorąc pod uwagę dotychczasową siłę trendu, można oczekiwać, iż bardziej prawdopodobny jest ten pierwszy scenariusz. Oznaczałoby to, iż korekta przyjmie postać trendu bocznego, po zakończeniu którego WIG20 ruszy dalej na północ. Scenariusz ten jest tym bardziej realny, że póki co GPW nie powinna odczuwać presji podażowej ze strony głównych rynków zagranicznych. Tam co prawda doszło do wygenerowania pierwszych sygnałów sprzedaży. Jednak do silnych spadków droga jeszcze daleka.
Najpoważniejszym sprzymierzeńcem byków są jednak, pojawiające się ostatnio opinie, ferowane głównie przez zagraniczne instytucji finansowych, o coraz lepszych perspektywach inwestycyjnych giełd z emerging markets. Np. dobrze znany polskim inwestorom Mark Mobius, zarządzający funduszami Templeton, oczekuje że rynki wschodzące przyniosą inwestorom większą stopę zwrotu niż rozwinięte. A nie jest to opinia odosobniona. Klimat do kupna akcji niewątpliwie jest. Jedyne więc co może pokrzyżować szyki bykom, to nagłe załamanie koniunktury na rynkach zagranicznych, zwłaszcza w USA.