Wszyscy dookoła uważają, że głównym problemem naszego kraju jest bezrobocie. Ludzie nie mają pracy, więc wyciągają rękę po pieniądze z opieki społecznej, co zwiększa koszty budżetu, obniża konsumpcję, uderza w firmy itd., itp. Tymczasem często mam wrażenie, że ludzie po prostu nie chcą pracować. A jeśli już, to nie po to, aby zarobić, ale po to, żeby sobie dorobić do zasiłku czy renty.
Ot, choćby robię remont w mieszkaniu i postanowiłem zmienić glazurę. Fachowiec od kafelków zaśpiewał sobie całkiem niezłą cenę. Potem jednak - gdy zobaczył, że chcę położyć mniejsze płytki - podbił cenę o 100%. Bo za mniejszą to on robić nie będzie. I nie robił. Być może jest to świetny fachowiec i wkrótce znalazł innego klienta, który zaakceptował taką cenę, jakiej zażądał ode mnie. I który przez palce spojrzał, że "fachowiec" nie jest w stanie wymierzyć kilku metrów powierzchni. Ale jeśli nie, i nic nie zarobił, to pewnie do tej pory narzeka na bezrobocie i na państwo, które mu nie gwarantuje pracy.
Z kolei moi znajomi mają warsztat naprawy samochodów. Mieści się on w jednym z byłych miast wojewódzkich, należących do obszaru tzw. zagrożenia strukturalnym bezrobociem. Ich opowieści o tym, jakim cudem jest znalezienie w miarę kompetentnego pracownika, który nie okrada swojego pracodawcy, jeżą włos na głowie. I to w sytuacji, gdy wiadomo, że trudno będzie znaleźć inną pracę, bo w tym regionie jest jej jak na lekarstwo.
Trudno powiedzieć, skąd to się bierze. Być może ludzie uznają, że jeśli ktoś ma warsztat, to jest bogaty. A jak jest bogaty, to dlatego, że ukradł. Natomiast okradanie złodzieja to raczej zasługa niż ujma na honorze. Rozumowanie to jest strasznie pokręcone, ale bardzo rozpowszechnione. Na tyle, że nawet w podatkach panuje zasada Janosika - zabrać bogatym, dać biednym. Jednak niech mi ktoś wyjaśni, dlaczego takie same zasady stosuje się wobec osoby, która oczekuje jedynie porządnego ułożenia glazury. Co prawda nie jestem staruszką na emeryturze, ale krezusem także nie - co po mieszkaniu dość wyraźnie widać. A może jest tak, że ludzie bojąc się bezrobocia, starają się zedrzeć jak najwięcej czy też ukraść tyle, ile się da, żeby mieć co dołożyć do zasiłku? Na dodatek - przy takim sposobie działania można liczyć też na kilka miesięcy wypoczynku po każdym wysiłku.
Wytłumaczeń może być sporo. Ja jednak nie rozumiem w tym wszystkim jednego - dlaczego mam takie osoby dodatkowo dofinansowywać ze swoich podatków. Bo czymże innym jest łożenie na zasiłki dla bezrobotnych. Skoro i tak wiem, że w cenę usługi pan od glazury wpisał sobie bądź podatek od oszacowanego przez niego stopnia mojej zamożności, bądź ubezpieczenie od bezrobocia. Dlaczego mam fundować mu jeszcze zasiłek?